Zmuszę się i zrobię to! Dla niej.

Bycie rodzicem wymaga od nas pewnych wyrzeczeń, a czasami całego mnóstwa cholernych wyrzeczeń.

Kiedy jesteś rodzicem, twoje życie zmienia się nie do poznania. Musisz nauczyć się wielu nowych rzeczy, musisz ogarnąć jakoś komunikowanie się z osobą, która komunikować się jeszcze nie potrafi i, w końcu, musisz też iść na pewne ustępstwa. Tak, dokładnie. Chcąc tego czy nie, uczysz się kompromisów. Na początku idzie lekko, w końcu jakoś udaje się wynegocjować zjedzenie przez dziecko marchewki czy noszenie go na ręku przez dwie godziny, podczas gdy miało tak pięknie sypiać samo w swoim łóżeczku.

Na początku jara cię to. Nie tylko rezygnowanie z części rzeczy, ale ogólnie- bycie rodzicem. Z czasem, zaczyna cię to jednak strasznie irytować. Niewielkie i niewinne kompromisy, bardzo szybko przeradzają się w całą lawinę rezygnowania ze wszystkiego i zaprzeczania temu, co do tej pory było ważne. I nie mam tu na myśli rezygnowania z pracy, szukania opiekunki, decyzji o przeprowadzce czy innych bardzo życiowych i poważnych decyzji. Chodzi, niestety o pierdoły. Dokładnie. Zawsze nienawidziłaś głupie piosenki dla dzieci z podkładem muzycznym robionym na keyboardzie, a potem słuchasz ich 10 godzin na dobę i, co ciekawe, zaczynasz jechać szmatą w ich rytm. Obrzydzały cię mało stylowe kapciuszki do przedszkola, a teraz pierwsza lecisz na lidlowe wyprzedaże, żeby upolować jedną parę. Zaklinałaś się, że nigdy, przenigdy, ale to naprawdę nigdy nie dasz dzieciom słodyczy, a teraz rzucasz w ich stronę batonikami, żeby tylko się nie zbliżali i zostali na dywanie, bo myjesz podłogę.

Tak, macierzyństwo pełne jest wyrzeczeń. Nie kompromisów, a wyrzeczeń. Bo żeby był kompromis, to obie strony muszą z czegoś zrezygnować i wspólnie dojść do jakiegoś pośredniego punktu debaty. A tu nie ma żadnego dialogu, żadnego „wspólnie”. Rezygnujesz, albo słuchasz krzyków, jęków i histerii przez resztę dnia. Rezygnujesz, albo twoje dziecko zasuwa po przedszkolu na bosaka. Rezygnujesz, albo widzisz jaki głupio jest być upartą. Ja tak miałam. Byłam przekonana, że nigdy nie kupię dzieciom paskudnych, przedszkolnych kapci. Byłam bardziej niż pewna, że moje dzieci będą słuchać wyłącznie muzyki klasycznej. I wiedziałam, po prostu wiedziałam, że moja córka nigdy nie wpadnie w „pstrokaty szał”, czyli fascynację różowym kolorem i wszystkim co zawiera w sobie odrobinę brokatu, albo się zwyczajnie świeci. Zastanawiasz się pewnie skąd moja pewność? Teraz też się nad tym głowię… wtedy myślałam, że wystarczy, że ja nigdy nie lubiłam ani różu, a tym bardziej pstrokatych akcesoriów i zwyczajnie nie będę kupować takich rzeczy mojej córce. I pewnie nie zdziwię cię informacją, że… to nie wystarczyło. Okazało się, że moje dziecko nie jest moją kopią i sama z siebie stwierdziła, że kocha różowy kolor, a brokatem najchętniej obsypałaby cały dom.

Musisz wiedzieć, że kolor różowy zawsze działał na mnie jak płachta na byka. No może nie zawsze. Był taki krótki epizod w moim życiu, kiedy chodziłam ubrana cała na różowo. Dlatego też nie trawię tego koloru i już zawsze będzie mi się kojarzył z tandetą, poza tym nie lubię takiego generalizowania, że dla dziewczynek to wszystko ma być różowe. I dlatego próbowałam przekonać ją- na ile da się przekonać 2-latkę, że istnieje cała gama innych kolorów. Ale nie. Dla mojej córki liczył się tylko ten jeden… oczojebny różowy.

Nie będę cie oszukiwać, że jest mi łatwo, bo nigdy nie było. Dla ciebie to wyłącznie zamiłowanie małej dziewczynki do różu i tandetnych dodatków do codziennego stroju. Ja mam ciarki na plecach, kiedy moje dziecko prosi w sklepie o doczepiany warkocz Elzy z „Krainy Lodu”. Jest jednak jeden, jedyny argument, który ma ogromną moc przekonywania. Ona. Moja córka. Bo w sumie, dlaczego nie? Dlaczego nie zacisnąć zębów, kiedy idzie do przedszkola ubrana tak, że mogłaby robić za znak ostrzegawczy na drodze? Dlaczego nie uśmiechnąć się, kiedy chodzi z doczepiony warkoczem i udaje, że zamraża swojego brata? Dlaczego nie przymknąć oczu na obsypany brokatem pokój, poduszki i dywan?

Zrobię to. Zmuszę się i zrobię to! Dla niej. Bo takie rzeczy dają jej radość. Dla mnie to pierdoły, a dla niej chwile, które składają się na szczęśliwe dzieciństwo.