Zdjęcia w sieci – moja granica dobrego smaku

Ja, zagorzały przeciwnik udostępniania swojego wizerunku w sieci, zaczęłam (o zgrozo!) pokazywać twarze dzieci na blogu.

Spokojnie! Żyją i nikt ich nie porwał.

 

Niedawno dość głośno zrobiło się na temat wyroku sądu w Portugalii, który zabronił matce 12-letniej dziewczynki wrzucać jej zdjęcia do sieci. Wniosek do sądu skierował ojciec dziecka i dotyczyło to ustaleń odnośnie toczącej się sprawy rozwodowej. Oczywiście w Polsce zawrzało. No bo skoro taki wyrok tam, to zaraz i u nas tak będzie. A jak to tak? A może nie wrzucać zdjęć? A może sąd ma rację? A może olać sprawę, bo to nasza decyzja co robimy z naszymi dziećmi? I najlepsze, „przecież matka może wrzucać, bo za rok samo założy fejsika, a potem i tak będzie wrzucać tonę zdjęć”.

Ja jeszcze niedawno byłam bardzo radykalna w kwestii upubliczniania swojego wizerunku, a co dopiero wizerunku moich dzieci. Nie miałam potrzeby dzielenia się ich wyglądem z całym światem. W sumie to nawet nie chodziło o względy bezpieczeństwa, a wyłącznie o to, że nie potrzebowałam lajków pod zdjęciem opuchniętego noworodka. Jednak moje podejście nieco się zmieniło od kiedy prowadzę bloga. W związku z tym, że piszę o swoim życiu i życiu całej naszej rodziny, jakoś nie bardzo współgrają mi z tym kupione w stock’u zdjęcia.

Nie boję się porwań czy pedofili, a nawet tego, że ktoś zapisze zdjęcie mojego dziecka na komputerze. Przecież tak samo może je sobie pstryknąć na ulicy. W unikaniu nieprzyjemnych sytuacji pomagają mi pewne zasady, które określiłam sobie zanim zaczęłam wariować ze zdjęciami i których trzymam się bardzo sztywno.

 

Nie wstydzę się zdjęć

Zasada jest banalna, wrzucam tylko takie zdjęcia, na których widok u kogoś w domu stwierdziłabym „ale mam ładne dzieci”. Nie znaczy to, że upiększam zdjęcia, albo wybieram tylko te idealne, ale zachowuje pewne poczucie estetyki. Nie dodaję zdjęcia dziecka z palcem w nosie albo z lejącą się z głowy krwią, bo takie zdjęcia są wyłącznie do rodzinnego albumu – z tą krwią oczywiście żartuję 😉

 

Nie upokarzam dzieci

Zdjęcia, które mogłyby upokorzyć moje dziecko są od razu dyskwalifikowane. Nigdy nie dodałabym zdjęcia, które może ośmieszać moje dzieci, albo przez które one czułyby się zawstydzone. Głupie miny, ale te naprawdę głupie, zostają do wglądu jedynie przez rodzinę.

 

Nigdy nie pokazuję ich NAGO!

I koniec. Nawet bez bluzki, albo w śmiesznej pozie na nocniku. Nie i już. Takie zdjęcia nie mają prawa wyjść poza rodzinny album, albo nawet do niego nie wejść, jeśli dziecko tego nie chce. Myślisz, że to takie oczywiste? Zobacz ile jest zdjęć dzieci bez pampersów albo podczas wieczornej kąpieli.

 

Liczę się z ich zdaniem

A jednak nie liczę, bo są za małe 😉 Ale tak, będę je pytać o to czy mogę używać ich zdjęć. I liczę się z tym, że przyjdzie taki moment, kiedy udostępnianie zdjęć przez własną matkę będzie dla nich wiochą, ale póki co to ja decyduję co może pójść w świat, a co nie. Póki co, konsultuję się wyłącznie z Nim, z ich ojcem.

 

Powyższe zasady, są dla mnie idealnym wyznacznikiem granic w dzieleniu się swoim życiem w sieci, o ile dodam do tego UMIAR. Jeszcze wiele osób musi się nauczyć tego, że tablica na facebooku nie jest albumem rodzinnym i nie ma potrzeby bombardowania znajomych 50 zdjęciami z wyjazdu nad morze. Lubię, kiedy moi znajomi pokazują ładne zdjęcia dzieci, ale serio, nie potrzebuję widzieć ile razy pracowali nad jednym ujęciem. Zresztą serio, nikogo nie interesuje to, że Brajan potrafi zrobić na każdym zdjęciu inną minę.

Swoje zdjęcia traktuję jako swego rodzaju dzieło, które chcę pokazać, bo jest ładne lub uchwyciłam coś niesamowitego. Oczywiście, jakość zdjęć nie ma w tym kontekście znaczenia, ale też nie wrzucam zdjęć jak na produkcji taśmowej, żeby pokazać absolutnie wszystko jak leci. I zawsze pamiętam, że moje dzieci są ludźmi, a nie moją własnością i to z ich zdaniem oraz komfortem muszę się liczyć przede wszystkim.