Z dzieckiem do TAKIEJ restauracji?!

Dość regularnie pojawiają się w sieci artykuły o „wpadkach” rodziców przebywających w restauracjach ze swoimi dziećmi. Te sensacje mają na celu zachęcić rodziców do wychodzenia z domu jedynie do miejscówek przyjaznych dzieciom.

Od razu napiszę, żeby nie było wątpliwości, że dla mnie to stek bzdur. Nie widzę powodu, dla którego moje dzieci miałyby przebywać ze mną jedynie na placach zabaw, w klubokawiarniach dla dzieci i w salach zabaw. Od samego początku, od urodzenia Oli, wychodzimy z nią, teraz już z dwójką, do restauracji, sklepów i innych miejsc, które zwykle odwiedzamy. Oczywiście, mamy też swoje własne wyjścia, we dwoje (ale o tym nie teraz). Ja sama nie przepadam za miejscami skierowanymi do rodziców z dziećmi, bo zwyczajnie przeszkadza mi ten hałas i zamieszanie. O wiele bardziej wolę iść do jakiejś cichej restauracji, w której moje dzieci będą jedynymi nieletnimi klientami, bo to też ułatwia mi zapanowanie nad nimi. Wiecie, dzieci, które znajdą się w dużej grupie rówieśników są już nie do ogarnięcia.

Byliśmy z dziećmi w wielu przeróżnych knajpach, od zwykłej, osiedlowej pizzerii po tak zwane „restauracje ekskluzywne”. Bardzo nie lubię tego określenia, bo dla mnie restauracja to restauracja. Tak samo się czuję i zachowuję w miejscu, w którym za obiad zapłacę 50zł, jak i tam gdzie danie główne kosztuje grubo ponad 200zł, co więcej moje dzieci też wszędzie zachowują się tak samo.

Przyznaję się bez bicia, że na początku strasznie się spinałam będąc z maluchami w restauracji. Chciałam, żeby moje dzieci siedziały grzecznie, nie wariowały, nie przeszkadzały, cierpliwie czekały, aż zjemy i najlepiej nie oddychały. Na szczęście w porę się opamiętałam (PM mi pomógł)  i teraz daję im swobodę, właściwie to po prostu daję im być dziećmi. Jasne, nie mogą biegać po knajpie, zaczepiać ludzi czy rzucać jedzeniem, ale głośny śmiech nie jest chyba zbrodnią, chociaż niektórzy i za śmiech najchętniej kazaliby nam wyjść (tę historię opiszę na koniec). W efekcie, po połączeniu moich histerii i luzu mojego męża, znaleźliśmy złoty środek. I oto mamy, 4 złote zasady, dzięki którym wyjścia do restauracji nie są katastrofą.

Zabieramy dzieci ze sobą od samego początku

Nie czekaliśmy, aż Ola będzie ogarniętym przedszkolakiem, który zrozumie jak należy się zachować. Od samego początku bywała z nami w takich miejscach, za pierwszym razem kiedy skończyła 2 miesiące. Dla mnie logiczne jest to, że dziecko uczy się odpowiedniego zachowania w restauracji poprzez chodzenie do niej. Jak już wcześniej wspomniałam, bierzemy dzieci we wszystkie miejsca, nie tylko te z kącikiem zabaw dla dzieci. W każdym miejscu nasze dzieci uczą się odpowiedniego zachowania poprzez obserwowanie nas, dlatego…

Zachowujemy się przyzwoicie

Czyli odpowiednio do sytuacji. Pokazujemy dziecku co zrobić z serwetką, która leży na naszym talerzu, których sztućców użyć i jak jeść potrawy dla malucha nietypowe (sushi, krewetki, mule). Przecież w domu nie serwujemy dziecku jedzenia w taki sam sposób jak w restauracji, więc dzięki obserwowaniu nas dziecko wie jak się w takim miejscu zachować. My dodatkowo stosujemy zasadę, że przy stole nie używamy telefonów, nie czytamy gazet i spędzamy czas skupiając się na sobie. Oczywiście, kiedy nasze dziecko zaczyna się nudzić czekając na posiłek, próbujemy sobie radzić książeczkami, kredkami i innymi umilaczami czasu.

Nie zmuszamy do jedzenia

Ostatnią rzeczą, której mi trzeba w restauracji to histeria mojej córki z powodu brokułów na talerzu (których nie znosi). Dlatego poza domem pozwalam jej jeść to co lubi. Nie znaczy to, że je cheesburgera i popija colą, ale jeśli wiem, że w domu jest ciężko przekonać ją do jedzenia niektórych warzyw, to zamawiamy te, które zjada bez problemu. Zresztą to chyba jest dość oczywiste, my też zamawiamy to co lubimy, a nie to co powinniśmy jeść. To samo w naszym przypadku dotyczy ilości jedzenia. Nigdy nie zmuszam małej do zjedzenia wszystkiego. Staram się rozumieć, że jesteśmy poza domem i jest wiele rzeczy i osób, które ją rozpraszają i takie wyjście jest dla niej przeżyciem, dlatego może nie mieć dużego apetytu. Zawsze można poprosić o zapakowanie na wynos.

Nie wymagamy niemożliwego

Rzeczą oczywistą jest to, że dziecko 2-3 letnie nie wysiedzi przy stole 2 godzin i nie będzie idealnie cicho. Zresztą, nigdy nie rozumiałam dlaczego ludzie oczekują od dzieci, że będą idealnie cicho? Jasne, nie mogą piszczeć czy drzeć się na całą salę, ale nie będą tez mówić szeptem. Przecież ludzie dorośli też są głośno w restauracjach, śmieją się, rozmawiają i to normalne, u dzieci też.

Ostatnio byliśmy w naszej ulubionej restauracji, do której raczej nie chodzą rodzice z dziećmi. Czekaliśmy już dość długo na jedzenia i Ola zaczynała się niecierpliwić, więc włączyliśmy jej świnkę Peppę. Nasza córka na widok ulubionej bajki zaczęła się śmiać, a ja od razu poczułam na nas wzrok pewnej oburzonej pani, siedzącej dwa stoliki dalej. Co ciekawe, pani później tak rżała do koleżanki, że nie dało się rozmawiać. Widać, z dziećmi powinnam siedzieć w domu, a nie wypuszczać się na miasto i to do TAKIEJ restauracji.