Trzylatek na angielski marsz!

Chcesz dać swojemu dziecku wszystko, co najlepsze. Dlatego wybierasz najlepszy żłobek, przedszkole i zajęcia dodatkowe, a wśród nich oczywiście języki obce. Prym wśród nich wiedzie oczywiście angielski, bo bez niego dzisiaj funkcjonować się praktycznie nie da. Ale czy wiesz już, kiedy twoje dziecko powinno rozpocząć naukę?

Na kurs języka angielskiego może pójść praktycznie każdy. Szkoły prześcigają się we wzbogacaniu swojej oferty, dzięki czemu już od 3-ego miesiąca życia możesz zacząć troszczyć się o zdolności językowe swojego dziecka. Wybór jest trudny, nie tylko z powodu dylematu jakim jest to czy warto takiego malucha na zajęcia posyłać i czy mu się spodoba, ale też musisz zmierzyć się z wyborem odpowiedniej i najlepszej dla twojego dziecka metody. Chcę ci w tym trochę pomóc, bo wiem, że każda szkoła językowa ma się za TĄ JEDYNĄ i wyjątkową, więc można się w tym łatwo pogubić. Opowiem ci trochę o uczeniu dzieci języków, ale wyłącznie z mojego doświadczenia nauczyciela i matki, której dzieci uczą się angielskiego. Kwestie merytoryczne, badania i opracowania naukowe dzisiaj odkładam na bok, bo to zawsze możesz znaleźć w internecie i poczytać o tym co na ten temat mają do powiedzenia przeróżni eksperci i trochę mniej „eksperci”. Pokaże ci, jak ja uczę dzieci angielskiego i kiedy zaczęłam i jakie błędy popełniłam.

Jasne było i jest dla mnie, że moje dzieci MUSZĄ znać języki obce, a angielski ma być dla nich chlebem powszednim. Przez większość swojej pracy uczyłam raczej młodzież i dorosłych, od dzieci uciekałam jak najdalej (głównie dlatego, że nie przepadam za dziećmi, ale o tym kiedy indziej), więc nie wiedziałam nawet jak się do tego wszystkiego zabrać z moim dziećmi. Uczenie ich w domu odpadło na starcie, ponieważ dla mnie regularne zajęcia z własnym dzieckiem są poronionym pomysłem. Jasne, można poćwiczyć coś, pobawić się, pośpiewać, ale żeby regularnie i zgodnie z ułożonym w głowie programem uczyć swoją pociechę? Odpada. W związku z brakiem innych opcji zaczęłam się rozglądać za szkołami językowymi i zastanawiać kiedy w ogóle pójść z Olą na ten angielski. I wtedy w ręce wpadła mi ulotka Helen Doron, i możecie wierzyć mi lub nie, ale jedyne co o tej szkole wiedziałam, to to że w ogóle istnieje i mniej więcej jaką metodę stosuje. Postanowiłam zagłębić temat i okazało się, że mają grupy 3 – 24 miesięcy oraz prowadzą zajęcia pokazowe. Postanowiłam pójść i to sprawdzić.

Zajęcia dla maluchów do 2 lat okazały się niewypałem. Część dzieci była kompletnie niezainteresowana, bo była za mała, a reszta się zwyczajnie nudziła lub (jak moja Ola) patrzyła na panią udająca psa jak na wariatkę. Dodam tylko, że trafiliśmy tam w przedziwnym okresie życia naszej córki, kiedy słysząc jakąkolwiek kołysankę zaczynała płakać. Pech chciał, że pani na zajęciach usypiała przy kołysance lalkę, co skończyło się rykiem na całą salę w wykonaniu bardzo wrażliwej panny Aleksandry. Po tych zajęciach odpuściłam temat angielskiego i stwierdziłam, że mamy czas. Ale tak stwierdziłam tylko ja, gdyż sieć Helen Doron bardzo dba o to, żeby o nich nie zapomnieć i już za rok miałam telefon z informacją, że tuż koło nas ruszają zajęcia dla dwulatków. Postanowiliśmy dać im jeszcze jedną szansę.

Zajęcia dla dwulatków u Helen Doron okazały się rewelacyjne, ale tylko na rok. Ola oszalała na punkcie angielskiego, płyt do słuchania w domu i 5-minutowych nagrań ze Smokiem Didi, który jest głównym bohaterem kursu. W domu słyszeliśmy i nadal słyszymy ciągle „Didi”. Myślę, że to też zaleta pani prowadzącej zajęcia, która ma rewelacyjne podejście. Co więcej, Ola zaczęła powtarzać całą masę słów po angielsku, do tego stopnia, że kolory po angielsku już weszły jej zamiast polskich. Pytana, pokazuje części ciała, nazywa zwierzęta na obrazku i generalnie używa słownictwa, którego uczyła się na zajęciach i z płyt. A propos płyt, trzeba ich słuchać dwa razy dziennie, my słuchałyśmy jak którejś z nas się przypomniało, a mimo to efekty są niesamowite. No ale żeby nie było zbyt pięknie, ponieważ ten wpis wbrew pozorom nie jest reklamą Helen Doron, naukę w tej placówce po roku zakończyłyśmy na dobre. Pomijając fakt, że Ola poszła do przedszkola w którym angielski jest codziennie, zajęcia dodatkowe zwyczajnie jej się znudziły. I wcale nie chodzi tu o zapał do nauki, bo ten dalej jest i Ola bardzo lubi angielski, problemem jest to, że na cały rok szkolny przypadają 4 płyty, na których są 4 piosenki. W efekcie dziecko musi słuchać dwa razy dziennie, codziennie, przez 10 miesięcy 16 piosenek na zmianę. I przetrwałyśmy to chyba tylko dlatego, że dwulatek to jeszcze małe dziecko, więc nie nudzą go te piosenki i zabawy, niestety rok później okazały się zbyt nużące, dlatego tej metodzie już podziękowałyśmy. Jest ona świetna dla maluchów, moim zdaniem od 1-ego roku życia, ale czterolatka już pewnie znudzi ta powtarzalność.

Gry, piosenki i zabawy. To jest właśnie najlepsza metoda na naukę angielskiego dla dzieci. Ciarki mnie przechodzą, kiedy widzę 6-latki siedzące w ławkach w szkole językowej trzepiące samą książkę, a przy tym wkuwające jak najwięcej słówek. Dzieci kochają gry, zabawy, filmy, muzykę i to właśnie dzięki temu uczą się najlepiej. Zresztą, nie tylko one. Nam też o wiele łatwiej wejdzie do głowy nowe słowo, jeśli je będziemy z czymś kojarzyć, a nie zwyczajnie wkujemy na pamięć. Nie daj sobie nigdy wmówić, że takie wygłupy to w przedszkolu. Podstawą dobrych zajęć jest przede wszystkim lektor, który mówi WYŁĄCZNIE po angielsku na zajęciach (tak, dzieci zaczną to rozumieć) i dobrze wymawia słowa. Wiem, że tego nie jesteś w stanie sprawdzić, ale niestety spotkałam się z kilkoma nauczycielami, którzy mieli skończone studia i jakieś kursy, a źle wymawiali niektóre słowa na zajęciach u 7-latków, co jest tragedią, bo potem jest strasznie ciężko takie błędy wyrzucić z głowy dziecka. Drugą sprawą, również bardzo ważną jest to, jak te zajęcia są prowadzone i masz prawo o to pytać. Zajęcia oparte wyłącznie na przerabianiu książki możesz śmiało odrzucić, bo to nie jest najlepsza metoda dla dzieci. Ma być dużo piosenek, gier i zabaw, a później praca oparta również na materiałach autentycznych, czyli filmach, audycjach radiowych i wszystkim co prawdziwe, a nie tylko stworzone dla osób uczących się.

No to kiedy zacząć uczyć dziecko angielskiego? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. U nas idealny czas przyszedł, kiedy Ola skończyła dwa lata. To wbrew pozorom nie rodzic decyduje o tym, kiedy dziecko ma się uczyć, a to dziecko musi chcieć. Wierz mi, najgorszą rzeczą jaką możesz zrobić dziecku to kazać mu się uczyć języków na siłę. Znienawidzi je na zawsze i nauka będzie mu przychodziła z ogromnym trudem. No ale żeby sprawdzić czy dziecko wykazuje jakiekolwiek zainteresowanie zajęciami, to trzeba je tam zabrać na lekcję pokazową. 2-3 lata to idealny czas na takie pierwsze próby. Dziecko jest już bardziej ogarnięte i zajęcia będą dla niego na pewno ciekawsze, ale śmiało możecie próbować już w wieku kilku miesięcy, bo wiesz, najważniejsze jest to, że te zajęcia mają być fajne dla twojego dziecka. Dlatego nie warto trzymać się jakiś fikcyjnych informacji o tym, że trzylatek obowiązkowo musi iść na zajęcia. Nie musi. Ja zaczęłam naukę w wieku 8 lat i nigdy nie było mi ciężko uczyć się języka, wręcz przeciwnie, uwielbiam to do dziś. Dlatego zaufaj swojemu dziecku, ono ci powie albo pokaże co mu się podoba. Przecież chodzi o to, żeby rozkochać dziecko w języku obcym, a nie wbijać mu do głowy milion słówek, które za rok i tak zapomni.