To co ważne

We wszystkim można się zatracić i zapomnieć o swoich wartościach. Tak było ze mną.

Jak pewnie zauważyłaś na blogu ostatnio nie działo się nic, nie dodawałam postów i fanpage na Facebook’u milczał. Mam nadzieję, że za chwilę zrozumiesz dlaczego tak było i być może sama pomyślisz nad tym, co ważne.

Wpadłam w trans

Dokładnie, kiedy zakładałam tego bloga byłam jak w transie. Fascynowało mnie wszystko, od wybierania kolorów po uczenie się podstaw kodu mojego szablonu. Nie lubię tracić kontroli nad tym co robię, dlatego starałam się wszystko robić sama. Przeszukiwałam kolejne linijki w edytorze szablonu i to, co dla większości ludzi jest czarną magią, dla mnie stało się niesamowicie fascynujące. Rozpoczynając tworzenie bloga nie miałam bladego pojęcia co to jest WordPress i po cholerę mi jakiś tam hosting. Teraz potrafię sama pozmieniać układ szablonu i rozumiem już o co chodzi w tych wszystkich nawiasach i cyferkach w CSS. Uczenie się tego, mając do dyspozycji jedynie wujka google, nie było łatwe, ale dawało mi ogromną radość i satysfakcję.

Potem było już z górki, fanpage, posty – łatwizna! Tyle, że nawet ta łatwizna wiązała się ze ślęczeniem całymi wieczorami przy komputerze. Nie lubię robić czegoś byle jak, wszystko musi być idealnie dopracowane. Dlatego wielokrotnie spędzałam przy komputerze długie godziny w dzień i w nocy. Wiedziałam, że moje dzieci i mąż nie są tym zachwycone, ale tłumaczyłam sobie, że to wszystko minie i już niedługo będę na luzie tworzyć wpisy podczas drzemki dzieci, a reszta czasu będzie dla nas.

Tak się nie stało. Przede wszystkim dlatego, że prowadzenie bloga nie jest zajęciem na godzinkę dziennie, przynajmniej nie dla mnie. Do tego dochodzi mój brak satysfakcji z wyglądu bloga, ciągle jeszcze to nie jest to, co chciałabym osiągnąć, żeby było tu przyjemnie.

Odpuściłam

Tydzień temu byłam z dziećmi i moją siostrą na wakacjach. Miałam ambitny plan, żeby wieczorami pisać. Chciałam nadrobić wszystko, z czym w domu nie udawało mi się zdążyć. Nie dało rady. Wi-fi w naszym hotelu było tak słabe, że ledwo udawało się wejść na skrzynkę mailową. Postanowiłam odpuścić, zrobić sobie urlop i odpocząć. I wiesz co? Było wspaniale! Przestałam się spinać, bo dzieci nie śpią i nie ma kiedy pisać, albo jestem padnięta po całym dniu. To był czas dla nich, wyłącznie dla nich.

Z tygodnia zrobiło się 10 dni, a potem czekał nas kolejny wyjazd do Gdyni na See Bloggers. Wtedy właśnie decyzja zapadła. Blog musiał poczekać, a ja potrzebowałam motywacji i inspiracji. Jeszcze napiszę dokładnie o tym wszystkim w kolejnym poście. Teraz zdradzę jedynie, że wiem już w którą stronę ma iść Geek Matka. Wszystko już dokładnie wiem i ekscytuję się tym niemożliwie.

On musi poczekać

Uśmiechałam się pod nosem czytając wpis u Szczesliva o tym, jak swoim blogowaniem wkurzyła męża, zaraz potem na faceboook’u Matka Prezesa ogłasza, że kończy z blogowaniem, bo jej związek wisi na włosku. To mnie nie dotyczy, myślałam. Jasne, On miewa czasem pretensje, że kolejny wieczór spędzam w łóżku z laptopem i blogiem, ale przecież to minie.

Nie minęło. Dopiero po pół roku zauważyłam to bardzo wyraźnie. Nie miałam ani jednego wieczoru wolnego. Wieczory należały do niego – do mojego bloga. I zrozumiałam, że nie mogę ich obydwu kochać tak samo. I właśnie dlatego przeorganizowałam plan mojego dnia, a właściwie go po prostu ułożyłam, bo wcześniej nie istniał. Od teraz, wieczory należą do Niego, do mojego męża.

Nie znaczy to, że zamykam bloga. Wręcz przeciwnie! Niedługo będzie się tu działo o wiele więcej, niż do tej pory. Ja zwyczajnie potrzebowałam chwili wytchnienia, żeby ustalić moje priorytety w życiu. Potrzebowałam wyłączyć internet i zacząć żyć razem z moją rodziną, nie obok nich.

Teraz już mam pewność, co jest dla mnie naprawdę ważne.