Tego nie wie o NAS jeszcze nikt

Każdy związek ma jakąś historię. Jedne są romantyczne, inne trochę mniej, a nasza… podejrzewam, że klasyfikuje nas do odbycia specjalistycznych badań.

 

„Jak być dobrą żoną?” To hasło nieustannie wyskakuje, kiedy spoglądam w statystyki. Przynajmniej raz dziennie ktoś trafia na bloga szukając odpowiedzi na to, jakże niezwykle istotne pytanie. O byciu dobrą żoną pisałam już TUTAJ, potem też TU i bardziej poważnie TU.

Nic więcej do dodania nie mam, z dwóch powodów. Przede wszystkim dlatego, że sama nie do końca uważam się za ideał jeśli chodzi o bycie żoną. Bywa różnie i wiem, że jeszcze sporo pracy przede mną, ale wierz mi, że kiedy już uda mi się osiągnąć ten stan ZEN i będę godna nosić miano „żony idealnej” to na pewno podzielę się z tobą swoją tajemną wiedzą. Póki co, uważam, że dążenie do bycia ideałem partnerki czy żony mija się z jakąkolwiek logiką. Powinnaś szukać raczej sposobu na dobry związek czy dobre małżeństwo, bo jak to z duetami bywa, sama nic nie ugrasz. Próby bycia ideałem dla swojego faceta, podczas gdy on ma wywalone na otaczającą go rzeczywistość nie mają najmniejszego sensu. Tutaj muszą sprawnie zagrać oba elementy tej układanki.

 

Ale, ale dość tu o was

Porozmawiajmy o mnie. Otóż ja jestem idealnym zaprzeczeniem dobrej żony, a żeby nie było tylko na mnie to mój mąż jest również zaprzeczeniem idealnego faceta. No i co? Absolutnie nic. Nasze małżeństwo miewa „górki i dołki”, jak to zwykł mawiać Marek, chociaż ja to raczej jestem zdania, że częściej to jednak tkwimy w jakiejś kotlinie i nie bardzo możemy się z niej wygramolić, ale niech mu będzie. Co więcej, oboje mamy dość mocne i wybuchowe charaktery, chociaż ktoś (nie będę zdradzać kto, ale to nie ja) próbował na początku udawać potulnego i pokojowego, ale wyszło szydło z worka i teraz śmiało możemy startować w konkursie o tytuł „iście włoskiego małżeństwa”. Mimo, że nie wyglądamy, chociaż bardziej to Marek nie wygląda niż ja, to sąsiedzi z radością mogą o tym zaświadczyć.

Kłócimy się tak, że czasem niewiele szkła zostaje w szafkach, ale spokojnie, bo tak samo się potem godzimy, także równowaga w przyrodzie zostaje zachowana. Dzięki Bogu, że mamy dwójkę, a niedługo trójkę wspaniałych dzieci, bo czasami jesteśmy jeszcze w stanie się dzięki nim nieco opanować, bo przecież wyznajemy zasadę „Kochanie, nie kłóćmy się przy dzieciach„. Chociaż z tego wszystkiego najbardziej niesamowite jest to, że  wczoraj minęło dokładnie 6 lat od dnia, kiedy zaczęliśmy się ze sobą spotykać. Sama się dziwię, że tak wiele się wydarzyło przez te 6 lat i że ten czas minął jak z bicza strzelił.

Nasza historia jest dość nietypowa i skomplikowana, dlatego nie będę jej opisywać w całości, bo świat nie jest na nią jeszcze gotowy. Zdecydowanie. Co nie zmienia faktu, że z okazji naszej rocznicy, o której oczywiście mój małżonek zapomniał… (no dobra, ja też), przedstawiam trzy fakty z naszego życia, które nie wiadomo czy są bardziej romantyczne czy nielogiczne do tego stopnia, że już dawno powinniśmy dzielić pokój w domu wariatów, zamiast bawić się w dom i dzieci.

 

Uważałam go za…

lamusa i tak dokładnie o nim mówiłam do innych. Bo musisz wiedzieć, że gdzieś tam natykaliśmy się na siebie od czasów gimnazjalnych chyba, co ciekawe mój mąż twierdzi, że pisałam z nim kiedyś na gadu-gadu (#gimbynieznajo), chociaż ja tego nie pamiętam. Ale ok. W każdym razie, zdecydowanie zaliczał się do osób, z którymi nie miałam ochoty mieć zbyt wiele wspólnego… aż tu nagle okazało się, że jednak nic do niego nie mam i po kilku randkach byliśmy już parą.

 

Randka za 7 złotych (!)

A skoro już jesteśmy przy temacie randek. Mój mąż mnie zabije, kiedy to przeczyta, ale trudno. Przyznaję się bez bicia, że to jest coś, co wypominam mu bardzo złośliwie aż do dziś. Otóż na jednej z pierwszych randek, mój mąż zabrał mnie do Wedla, a potem mieliśmy iść do kina na „Jedz, módl się i kochaj”. Wszystko było idealnie, aż do momentu, kiedy kupował w kasie bilety na film. Stałam i czekałam, aż skończy, a on niespodziewanie odwrócił się do mnie i spytał „masz 7 złotych, żeby się dorzucić?”. Podejrzewam, że moja mina mówiła sama za siebie, bo szybko się zreflektował i udał, że pytania nie było. Swoją drogą, on do dzisiaj twierdzi, że zwyczajnie nie spodziewał się, że tyle zjem w Wedlu… naiwniak 😀

 

Oświadczyny na lotnisku

Mimo tego, że takich dziwacznych historii mieliśmy dość sporo po drodze, to M. oświadczył mi się po 8 miesiącach od pierwszej randki. Co ciekawe wybrał do tego romantycznego aktu ciekawe miejsce… lotnisko. Przyznaję, że mnie zaskoczył. Chociaż do dnia dzisiejszego nie mogę się dowiedzieć, czy wybrał to miejsce bo jest takim romantykiem, czy chciał dostać aplauz i darmowe nagranie z monitoringu.

 

mąż i żona

 

Ostatnie 6 lat, to najbardziej dziwny i zwariowany okres w moim życiu, bo i my nie jesteśmy zbyt normalni. Życie z moim mężem jest trudne i zawiłe, ze mną zresztą nie lepsze, ale jakoś razem nam wychodzi to najlepiej. (Uwaga, tego sąsiedzi nie potwierdzą) I mimo, że czasem wysłałabym go z powrotem na Księżyc, skąd prawdopodobnie pochodzi, to nie zamieniłabym takie życia na nic innego.