Szklana pogoda, czyli bajki w… przedszkolu?

Po raz kolejny okazało się jak niewiele wiem o życiu i jak bardzo zacofana jestem, zdaniem niektórych ludzi. A wszystko przez przedszkola pełne ekranów.

 

Jakiś czas temu przeczytałam o pewnym przedszkolu, w którym doszło do spięcia na linii rodzice – przedszkolanki, gdyż wraz z pojawieniem się tablicy interaktywnej w placówce, natychmiast pojawiła się też „Świnka Peppa”. Przedszkole prowadzone było pod sloganem Montessori, więc rodzice się wkurzyli i zrobili dym. I mogłoby się wydawać, że to zwyczajne nieporozumienie, które szybko zostanie wyjaśnione, skoro rodzice nie życzą sobie oglądania bajek w przedszkolu.

Jak się pewnie domyślasz z mojego wstępu, tak się nie stało. Atmosferę podkręciły głosy niektórych rodziców, o tym, że żyjemy w XXI wieku i to jest zwyczajne uwstecznianie dzieci, kiedy odbieramy im takie cuda techniki jakimi są chociażby tablice interaktywne.

Opisana sytuacja nieco mnie zdziwiła, bo… nie podejrzewałam, że w przedszkolach włącza się dzieciom bajki. Po zagłębieniu przez mnie tematu w sieci okazało się, że to nie jest wyjątek, a norma. I po raz kolejny w swoim życiu, poczułam się jak małe, głupiutkie dziecko, które nie wie nic o życiu i funkcjonuje sobie w jakiejś oderwanej od rzeczywistości, hermetycznej bańce.

„Bo bajki uczą dzieci obcowania z technologią”

Ha ha ha. Akurat. Już prędzej uwierzę w to, że danie dziecku na godzinę dziennie tabletu do ręki bardziej go rozwija. Chociaż i to jest mało prawdopodobne. Pamiętasz mój tekst, zresztą jeden z pierwszych, o tym, że nie robię z dziecka technologicznego analfabety? Jestem jak najbardziej ZA tym, żeby uczyć dziecko nowych technologii i uczyć korzystania z niej. Jestem zachwycona, kiedy widzę kilkuletnie dzieci, które potrafią w dzisiejszych czasach programować roboty i myślę, że świat idzie w takim kierunku, że dzieci muszą umieć „w technologię”.

Tylko… co do tego mają bajki? Pewnie, nie jestem przeciwniczką oglądania telewizji. Mamy w domu telewizor, a moje dzieci oglądają czasem bajki i nie uważam tego za największe zło tego świata. Jednak przynoszą dzieciom tyle samo korzyści w rozwoju, co dorosłemu czytanie najnowszego numeru „Party”. Stąd zrozum moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że nagminną praktyką w przedszkolach zarówno publicznych jak i prywatnych jest puszczanie dzieciom bajek zamiast spaceru, kiedy na przykład pada deszcz.

Ok, może za dużo wymagam. Ola chodzi do przedszkola Montessori i póki co jestem zachwycona, a o samym Montessori przeczytałam dopiero na etapie wyboru przedszkola. Traf chciał, że założenia montessoriańskich placówek są najbliższe temu, w jaki sposób my wychowujemy nasze dzieci i dlatego bez wahania posłaliśmy tam Oluczkę, a już wkrótce dołączy do niej brat. W naszym przedszkolu nie ma telewizora, nie ma laptopa, a dzieci nie wychodzą na spacer tylko wtedy, kiedy panują naprawdę ekstremalne warunki na zewnątrz. Nie jeden raz odbierając Olę dostawałam w prezencie torebkę foliową z zabłoconymi albo zwyczajnie przemoczonymi ubraniami, bo na spacerze padał deszcz.

Za to rozumiem, może nie każdy sobie życzy, żeby jego dziecko spędzało czas na podwórku, kiedy za oknem kropi. Tylko, że nawet jeśli dzieci na dwór nie wychodzą, bo powiedzmy jest za oknem -20 stopni i śnieżyca, to włączenie bajki nie jest żadnym rozwiązaniem, z dwóch prostych powodów.

Po pierwsze, płacę więc wymagam

Kwestia ta tyczy się nie tylko prywatnych placówek, bo nie wiem czy wiesz (pewnie tak), ale za państwowe przedszkole tez co miesiąc płacisz. Mniej to mniej, ale płacisz. Chociaż po doliczeniu kasy, która idzie na te placówki z podatków to płacisz w sumie podobnie co za te tańsze prywatne placówki.

Jeśli płacę pani sprzątającej u mnie w domu, to nie życzę sobie, żeby przez dwie godziny leżała i oglądała sobie telewizję. Idąc na szkolenie wymagam, żeby mnie szkolili, a nie dali mi do ręki tablet i powiedzieli, że teraz mam sobie pograć, bo mają problemy z planem dnia. To samo tyczy się przedszkola. Płacę za nie i oczekuję, że zajmą się moim dzieckiem, a kiedy nie uda się wyjść na spacer to pani zorganizuje dzieciom jakieś zajęcie, gdyż za to dostaje swoją pensję. Jestem całkowicie przeciwna temu, żeby w ramach godzin, które mają być przeznaczone na edukację moich dzieci i pracę pań przedszkolanek, dzieci oglądały przez godzinę bajki, a panie odpoczywały przy kawce.

Po drugie, to ja decyduję

Nie, nie o tym co dzieci robią w przedszkolu, bo aż tak się na tym nie znam. Chciałabym decydować o tym czy moje dzieci mogą oglądać telewizję, a także co i w jakich ilościach oglądają. Oglądanie bajek nie zalicza się do realizowanego przez przedszkole programu nauczania, więc jest to coś o co wypadałoby rodziców spytać, a jeśli się nie zgadzają, to zwyczajnie wziąć się za robotę, zamiast iść na łatwiznę (a włączenie bajki jest pójściem na łatwiznę, przecież wszyscy o tym doskonale wiedzą).

 

Jestem zdecydowana przeciwniczką włączania bajek w przedszkolach. Nie wyobrażam sobie takiego podejścia w naszej placówce. Wiem, że wielu rodziców tego typu afery uważa za niepotrzebne i odpuszcza, bo wydaje im się to nieistotne, ale myślę, że przedszkole nie jest miejscem na ogłupianie dzieci bajkami. Zresztą, przecież bajki to nasza, rodzicielska tajna broń na gorsze chwile i jestem za tym, żeby zostały naszymi asami w rękawie. Dziecko spędza w przedszkolu raptem 8 godzin, a największe marudzenie aktywuje się na ogół dużo później i warto mieć jeszcze tą nieszczęsną „Świnkę Peppę” w zanadrzu!