Samodzielność u dzieci

Ostatnio pokazałam ci zdjęcie pokoju, w którym na 5-10 minut zostawiłam dzieci, żeby wziąć prysznic. Kiedy do nich wróciłam nie wierzyłam własnym oczom!

I nie, nie dlatego, że moje dzieci siedziały grzecznie na dywanie, który wcześniej posprzątały i bawiły się. Moje dzieci, jak zwykle zresztą, już się biły o zabawkę, którą chcieli się bawić obydwoje na raz, podczas gdy na dywanie leżało kilkadziesiąt różnych zabawek, kilka rozsypanych gier planszowych i na środku nocnik (na szczęście pusty). Pokój wyglądał jakby przeszło przez niego tornado, a ja… wcale się tym nie zmartwiłam. Poszłam zrobić sobie kanapki na śniadanie i ciepłą herbatę, usiadłam przy stole i zjadłam swoje śniadanie, po czym wzięłam się za sprawdzanie maila.

Na moim miejscu pewnie większość ludzi już dawno by się wkurzyła, albo jakkolwiek zareagowała na ten istny armagedon. Ja za to byłam oazą spokoju i to wcale nie dlatego, że mam taki charakter, bo nie mam. Ja zwyczajnie olałam ten cały bajzel, bo wiem, że to NIE JA MUSZĘ TO POSPRZĄTAĆ. Ot, takie proste.

 

balagan

 

Jeszcze niedawno, pewnie ze dwa lub trzy miesiące temu, ochrzaniłabym swoje dzieci, potem najlepiej wyrzuciła do innego pokoju, a sama posprzątałabym ten bałagan. Na szczęście nadszedł taki dzień, kiedy stwierdziłam, że czas zacząć wymagać od dzieci zajmowania się swoimi sprawami beze mnie. Trochę to wynikało z mojego lenistwa, trochę z coraz większego brzucha ciążowego, ale po części też z faktu, iż Ola w przedszkolu jest uczona samodzielności i sprzątania po sobie wszystkiego co weźmie do ręki. Więc czemu niby ja mam się męczyć i wychowywać dzieci na rozleniwionych nastolatków, którym mamusia posprząta pokój? Nie taki jest plan.

Pewnego, pięknego wieczoru. To było tuż przed kolacją. Ku ogromnemu zdziwieniu moich dzieci i, co ciekawe, mojego męża, usiadłam na dywanie z pudełkiem po klockach, które były rozsypane gdzie się tylko dało i zamiast zacząć je wrzucać, jak to zwykle robiłam, kazałam to zrobić dzieciom. Serio. Nic prostszego. Sama siedziałam i patrzyłam. Potem mówiłam im, którą zabawkę mają wziąć i gdzie ją odłożyć, przez co dotarło do mnie, że przez nieustanne wyręczanie ich doprowadziłam do tego, że nie mają zielonego pojęcia gdzie która zabawka powinna leżeć. Po 10 minutach pokój był posprzątany, a ja wzięłam się za kolację dla nich, potem szybka kąpiel, usypianie i cały wieczór miałam wolny, a co najważniejsze w czystym pokoju, którego nie musiałam ogarniać.

Tak mi się to ich sprzątanie spodobało, że zaczęli robić to regularnie, a ja dodatkowo na stałe wpisałam hasło „SPRZĄTANIE ZABAWEK” do naszego planu dnia.

 

Samodzielność to u nas podstawa

Zawsze wiedziałam, że będę dzieci wspierać w samodzielności. Nigdy nie byłam i nie planowałam być matką, która stoi nad kilkuletnim dzieckiem pilnując je, żeby wszystko zjadło/dobrze zapięło kurtkę/porządnie wytarło nos czy cokolwiek innego.

Po pierwsze, uważam, że taką postawą krzywdzimy nasze dzieci, nie dając im szansy na dojrzewanie i uczenie się samodzielności, której potem z dnia na dzień od nich wymagamy. Jak dla mnie, w tym tkwi cały absurd w sposobie wychowywania większości rodziców. Twoje dziecko przez pierwszych kilka lat swojego życia ma być posłuszne, ciche, wszystko robić jak mu każesz, ma się nie wychylać, bo zrobi sobie krzywdę, a ty się wszystkim zajmiesz… ze sprzątaniem pokoju włącznie. No bo przecież kto lepiej zadba o takiego 7-letniego maluszka (sic!) jak nie Ty, jego mamusia? Po czym nagle, Twoje dziecko kończy 14 lat i nieco odbiega od Twojej wizji tego jak powinno funkcjonować, bo wtedy dopiero okazuje się, że jest niesamodzielne i ciągle czegoś od ciebie chce. W efekcie, sytuacja do której sam doprowadziłeś, wyprowadza cię każdego dnia z równowagi, bo kto to myślał, żeby takiemu staremu koniowi robić kanapki do szkoły czy pilnować jego prac domowych. Tylko, w którym momencie jego życia ktokolwiek zaczął od niego wymagać, żeby pilnował się sam? Hę? Bo 14 lat to trochę już późno…

Po drugie, po co się tak męczyć? Pytam serio. Może i jestem zbyt leniwa, ale nie wyobrażam sobie zakładać 7-latkowi butów do wyjścia z domu, albo pucować za niego pokój. Już teraz, kiedy moje najstarsze dziecko ma 3,5 roku, jest cała masa rzeczy, które musi robić sama, takich jak: odniesienie po sobie talerza, sprzątnięcie zabawek, założenie ubrań czy butów. I jedyne czego to ode mnie wymaga to bardzo dużo cierpliwości. Bo jednak taki maluch zimowe buty zakłada około 7 minut, więc trzeba zacisnąć zęby i ubieranie się do przedszkola rozpoczynać odpowiednio wcześniej. Ale zobacz, to takie dodatkowe 7 minut na wypicie ciepłej kawy!

 

No i oczywiście pomijając kwestię naszej wygody, to przecież jesteśmy od tego, żeby dzieci uczyć i wychować, a w efekcie przygotować do dorosłego życia. A życie dorosłego, który nie potrafi być samodzielny i niezależny, a wiecznie polega na innych i uzależnia się od nich nie jest tym, co ja sama chcę przekazać swoim dzieciom. I szczerze, to średnio wyobrażam sobie nastolatka, który zamiast otworzyć lodówkę, kiedy jest głodny, czeka aż ja wrócę do domu i zaoferuję mu kilka propozycji obiadowych (a znam  takie przypadki!). Samodzielność u dziecka była dla mnie zawsze jedną z kluczowych rzeczy, których chciałam swoje dzieci uczyć. I na szczęście, mimo tego, że mam zapędy do nadopiekuńczości, to trzymam się twardo swoich postanowień. W końcu poranny, ciepły prysznic jest wart takich poświęceń!

  • Ania Cyganik-Idęć

    Ja tez wymagam samodzielnosci od moich dzieci I zdecydowanie jest to sluszne!

  • Zgrałyśmy się idealnie. Dzisiaj u siebie zamieściłam post o usamodzielnianiu dzieci. Tak to trudne zadanie, ale jak się uda będzie wspaniale. Już nie mogę doczekać kiedy z dumą oświadczę wychowałam spełniłam swoją rolę rodzica. Idźcie zdobywać świat, leży wam u stóp 🙂

    • Aga

      Dokładnie. Też czekam na ten moment.

  • Ja podobno byłam dość samodzielnym dzieckiem, ale moja siostra już nie… zależy od dziecka.