Recepta na dziecko?

Mam dla ciebie przepis na to, żeby zachciało ci się kolejnego dziecka. Ale potrzebujesz do tego swojego faceta!

Nie, to nie jest post z radosną nowiną o powiększającej się rodzinie. No way! Jest jednak coś, co ostatnio sprawiło, że stanęłam na środku pokoju, spojrzałam na mojego męża, na bawiące się klockami starsze dzieci i leżącego spokojnie na podłodze niemowlaka i pomyślałam sobie… z trójką dajemy radę, to i z czwórką byśmy dali!

Żeby stłumić nieco twój entuzjazm, od razu sprostuję- szybko mi ta wizja uleciała, kiedy Ola i Karol zaczęli się tłuc nie wiadomo o co, Antoś odstawił arię pod tytułem „nie wiem o co mi chodzi, ale sobie pokrzyczę”, a mój mąż spojrzał na mnie wzrokiem, z którego od razu wywnioskowałam, ze planuje pójść do łazienki na 20-minutową „dwójkę”, czyli zwiać od bandy rozwrzeszczanych dzieci. Ale do rzeczy. Jest pewne niebezpieczeństwo, które w moim kobiecym umyśle- a ten jeszcze dobrze nie zdążył się otrząsnąć po porodzie-  spowodowało powstanie myśli, iście samobójczej- czwarte dziecko. Tym niebezpieczeństwem jest mój mąż na zwolnieniu lekarskim.

Serio. Mój mąż nie należy do tego stereotypowego i niestety, u wielu z was prawdziwego, obrazu mężczyzny, który umiera kiedy ma 36,7, a przy katarze wybiera sobie w necie kolor trumny. Nic z tych rzeczy! Mój mąż jest twardzielem i leży dopiero wtedy, kiedy temperatura sięga 39 stopni. A zanim to nastąpi, dzielnie zajmuje się dziećmi i gotuje mi pyszne obiady! Bo wie doskonale, że nikt tak jak on, nie potrafi zrobić krewetek, które ja tak bardzo kocham. I wie, że jego kocham nad życie, kiedy podaje mi te pyszne krewetki i bezczelnie z tego korzysta. I w zdrowiu i w chorobie. Także mój mąż na zwolnieniu lekarskim to ulga dla utrapionej żony. Jasne, muszę go pytać jak się czuje i poić witaminkami, ale w zamian jest mi o niebo lżej ze wszystkim.

Jesteśmy świeżo po przeprowadzce i mamy sporo więcej miejsca, a do tego pomagający mi we wszystkim mąż i zadowolone (przez chwilę) dzieci sprawiły, że myśl o czwartym dziecku nie spowodowała u mnie od razu palpitacji serca. I tak sobie pomyślałam, że wiele kobiet chciałoby mieć dużo dzieci, gdyby miały całą dobę do pomocy męża, który na dodatek świetnie gotuje.

I tak spojrzałam zalotnie na mojego męża, który umęczony po całym dniu siedzenia z dziećmi (ja byłam u fryzjera) marzył jedynie o szybkim powrocie do pracy, i naiwnie myślałam, że jemu tez jest tak sielankowo i podziela mój entuzjazm. Bo musisz wiedzieć, że ja marzę o takiej sielance- duży dom, dużo dzieci, zapach świeżo upieczonego ciasta, uśmiechnięty mąż i ja- w fartuszku i z idealnie ułożoną fryzurą. No i tak patrzę zalotnie na mojego męża, a on- skubany wie co się święci- zrobił minę, której mi nie trzeba dwa razy tłumaczyć. To była moja mina. Mina styranej, po całym dniu użerki z dziećmi, wkurzonej żony, której mąż od tygodnia wraca później z pracy i zaczyna podchody pod tytułem „a może tak wieczorem…?”. To była mina, która kategorycznie i jasno mówi „NIGDY W ŻYCIU”.

No. I tyle z moich sielankowych wizji.

Ale grunt, że zrozumiał. Zrozumiał jak to jest siedzieć cały dzień z dziećmi i być styranym i musieć słuchać jak to strasznie jest w tej pracy, tak z dala od dzieci. Jego ślepa zazdrość, że niby ja mam lepiej, bo tak w domu i z dziećmi i pracować nie muszę, przerodziła się w desperacką próbę łyknięcia reszty tabletek antybiotyku na raz w celu powrotu do pracy, ewentualnie szybkiego skrócenia swego ojcowskiego żywota.

 

  • hahaha ja swojemu ukochanemu mężowi zafundowałam tydzień przetrwania 🙂 a mam na tyle dobrego męża, że się po prostu zgodził. Zatem mama Zaciszna (czytaj: ja) wsiadła do pociągu i w pojedynkę udała się w odwiedziny do wuja Zacisznego (czytaj: brata) zostawiając Zacisznego męża stanu na posterunku. Pierwszego dnia dzwonił jeszcze rozanielony, drugiego dnia w ogóle nie odbierał telefonu, trzeciego dzwonił w desperacji, czwartego spłynęła nań ignorancja i tumiwisizm, piątego Zaciszna wróciła i cała rodzina rzuciła się na nią z tęsknoty i radości. Czasem warto dać mężowi poczuć na własnej skórze, jak to wygląda ta macierzyńska nuda, monotonia i spokój 😉

    • Aga

      Hahaha 😀 sprytne zagranie, aczkolwiek mój mąż na bank aż tak długo by nie został… jemu wystarcza jeden dzień 😉