Przedszkole to nie przechowalnia dla Twojego dziecka!

Długo patrzyłam na to wszystko ze spokojem, ale niektórzy naprawdę powinni się ogarnąć i wziąć odpowiedzialność za swoje dzieci!

Jesień, po niej zima, a następnie przedwiośnie, a w tej całej uroczej scenerii mamy dziecko w wieku przedszkolnym na pierwszym planie. Wszyscy, mający małe dzieci, wiemy co to zestawienie oznacza. Dwa, trzy, cztery miesiące chodzenia w kratkę, łapania wszystkich istniejących infekcji i ciągła walka o odporność. Ola jest w przedszkolu pierwszy rok, więc to jej pierwsza jesień jako przedszkolak, dlatego liczyłam się z tym, że będzie chorować. Dziewczynka nigdy nie należała do chorowitych dzieci, no ale przedszkole robi swoje. Ze spokojem brałam na klatę ospę, zapalenie płuc, mniejsze lub większe przeziębienia, a nawet to, że w jednym miesiącu była w przedszkolu tylko 5 dni!

Grudzień okazał się dla nas zabójczy. Ja, kilka dni przed terminem porodu, a Ola przyniosła jakieś świństwo i najpierw wszyscy złapaliśmy jakieś przeziębienie, które po tygodniu przerodziło się w zapalenie płuc u obojga moich dzieci. Dostali antybiotyk, miliony specyfików na budowanie odporności i po tygodniu najstarsza miała wrócić do przedszkola. Ale, oczywiście, żeby nie było zbyt kolorowo to akurat tego dnia zaczęłam rodzić. Wszystko, jak wiecie, poszło gładko i na świecie pojawił się Antoś, a po kilku godzinach dostałam telefon z informacją, że moje dziecko płakało w przedszkolu z powodu bólu ucha. M. szybko przetransportował ją z przedszkola do pediatry, który postawił diagnozę: zapalenie ucha. Zapewne domyślasz się, że Karol chwilę później miał to samo? Ot, takie uroki posiadania rodzeństwa. A żeby najmłodszy nie poczuł się pokrzywdzony, to po ukończeniu pierwszego tygodnia życia, rodzeństwo zaserwowało mu zapalenie płuc.

A to wszystko tuż przed Bożym Narodzeniem.

Nie muszę ci chyba pisać w jakim stanie psychicznym się wtedy znajdowałam? Poza skrajnym wyczerpaniem, nerwicą i nieuniknionym popadaniem w obłęd, nurtowało mnie jedno pytanie… skąd, do cholery, wzięła się ta epidemia w naszym domu?!

 

Przedszkole

W naszym przedszkolu zasady są proste- jeśli dziecko jest chore zostaje odesłane do domu. I wierz mi, że absolutnie nikt nie czeka, aż gorączka urośnie do 39 stopni lub dziecko zrobi się sine od kaszlu. Wystarczy katar i silniejszy kaszel i dostajesz telefon z prośbą o zabranie dziecka, które będzie na ciebie czekało w sali obok z jedną z pań. Procedury są tu bardzo ściśle przestrzegane i personel stara się bardzo szybko zapobiec epidemii. I takie podejście, było jednym z ważniejszych argumentów za posłaniem dzieci właśnie do TAMTEGO przedszkola.

Niestety, teoria pozostaje wyłącznie teorią. I nie mam na myśli tego, że przedszkole nie stosuje się do zasad. Bynajmniej. Problemem są oni:

 

Rodzice

Zapracowani, zmęczeni, w ciągłym biegu. Kochający swoje dzieci, ale jednocześnie troszczący się o swoją pracę, o swoją karierę. No i super. Każdy ma prawo do swojego życia… o ile nie odbywa się kosztem cudzego. Ja wiem, że w dzisiejszych czasach ciężko jest brać zwolnienia. Wiem, że każda nieobecność w pracy jest fatalnie odbierana przez szefa. Ale trzeba było myśleć zanim padła decyzja o dziecku. Dzieci maja to do siebie, że często chorują i nie jest to żadna wielka tajemnica czy skrzętnie skrywany przed tobą fakt. Każdy rodzic z przykrością ci to powie, że małe dzieci niemal ciągle są chore. Ale lubimy się oszukiwać i wmawiać sobie, że jak tylko nasze dziecko skończy te magiczne 3 lata, raz dwa poślemy je do przedszkola. No a potem? Potem to już z górki. Na luzie wrócimy sobie do pracy, po pracy uda się jeszcze zahaczyć o jakiś sklep i na spokojnie zrobić zakupy, odebrać dziecko z przedszkola i wrócić do domu. Plan jest świetny, gorzej z wykonaniem.

Efekty takiego planu spotykam na co dzień w przedszkolu. Rano nafaszerowane lekami przeciwzapalnymi, uśmiechnięte dzieci z alergicznym katarem w zimę. Przecież w grudniu tyle roślin pyli, że nietrudno o jakiś mały katarek. Tylko leki szybko przestają działać. I po trzech godzinach mamy marudne dziecko, ze stanem podgorączkowym i gęstym katarem, który często idzie w parze z ostrym kaszlem. I takie oto dziecko zastaje popołudniu rodzic i z fałszywym zdziwieniem na twarzy zaczyna się tłumaczyć. Bo przecież rano jeszcze nic dziecku nie było.

 

Wkurza mnie to!

Nawet przy ostrych zasadach, jakie panują w naszym przedszkolu, takie dziecko zdąży zarazić pół grupy. Wystarczy chwila kontaktu z innymi dziećmi, żeby sprzedać im wirusa. Zresztą, zasady są przecież po to, żeby je łamać, a żaden rodzic nie zwolni się z pracy, żeby po dziecko przyjechać. Przeciąga i przeciąga moment odbioru, aż w końcu wpada zziajany po pracy, tłumacząc się spotkaniem, pożarem albo innym kataklizmem prze który nie zdążył na czas.

Jestem tym rodzicem, który siedzi w domu. I pewnie, mam ten luksus, że nie muszę się nikomu tłumaczyć z choroby mojego dziecka. Nie oznacza to jednak, że chce je mieć przez pół miesiąca chore w domu! Sama, kiedy widzę gęsty katar albo słyszę kaszel, zostawiam dzieci w domu. I tego samego oczekuję od ciebie. A co więcej, gdzieś mam to czy możesz sobie pozwolić w pracy na dzień wolny czy też nie. Istnieje rodzina, istnieją opiekunki, które zostaną z twoim dzieckiem w domu i zaopiekują się nim. Miejsce chorych dzieci jest w domu, a nie w przedszkolu.

Kiedy, następnym razem, postanowisz wysłać chore dziecko do przedszkola, pomyśl sobie, że zarazi inne dzieci. Wyobraź też sobie, że te zarażone dzieci mogą mieć rodzeństwo. Czasem nawet bardzo małe rodzeństwo, dla którego ta „niegroźna” w twojej ocenie infekcja może się skończyć szpitalem. Nie przyprowadzaj chorego dziecka do przedszkola, bo przedszkole to nie jest przechowalnia.

____________________________________________________________________________________

Podobał Ci się mój tekst? Myślisz, że inni też powinni go przeczytać? A może zwyczajnie się ze mną zgadzasz? Jeśli tak, będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz na blogu komentarz (zjedź na sam dół strony) i/lub udostępnisz mój tekst na Facebooku, klikając w ikonkę pod spodem. Dziękuję!

  • Joanna

    Trafiłaś idealnie. Ostatnio nawet poruszyłam ten temat na zabraniu u córki w przedszkolu. Styczeń był dla Nas okropny 🙁 2,5 tygodnia w domu, później 1,5 tygodnia w przedszkolu i znowu 2 tygodnie w domu 🙁 ja kuruje dziecko, specjalnie biorę dłuższe zwolnienie, żeby posiedziała jeszcze troszkę w domu, zaprowadzam dziecko do przedszkola a tam co drugie dziecko za przeproszeniem „z glutem do pasa” albo kaszlem. Niestety Panie w przedszkolu są bezradne a rodzice przyprowadzają dziecko chore i mają to gdzieś, że inne dzieci bedą chore.

    • Aga

      Dokładnie :/

  • W punkt! U nas od lutego chorujemy wszyscy – ja i trójka moich dzieci – trochę jednocześnie, trochę na zmianę. Kiedy po miesiącu spędzonym w domu dwoje starszych dzieci poszło do szkoły – to była ulga na chwilę, do czasu kiedy najmniejszy znowu się nie „rozłożył” ….. I jak dziś pamiętam, kiedy nasz – wówczas 5 tygodniowy – maluch zaraził się „czymś” od starszego rodzeństwa i kolejne dwa tygodnie leżeliśmy w szpitalu.

    • Aga

      Najgorzej z tymi maluchami, bo łapią od starszych różne świństwa.

  • Brawo, brawo, brawo !!! Ja zostawiam dziecko w domu nawet z katarem… Niestety, do przedszkola chodzą dzieci z gorączka, chorym gardłem, a ostatnio nawet świeżb był…

    • Aga

      o mamo o_O

  • Izabela Wojtczuk-Kowalska

    Obecnie jeszcze jestem na wychowawczym, ale od listopada wracam do pracy i jestem przerażona ilością dni chorych u mojej 2, bo nie mam zamiaru puszczac przeziębionego dziecka do placówki żeby się męczyło i rozsiewało zarazki. Miejmy nadzieję, że bedą coraz starsze i coraz mniej będą chorować

    • Aga

      Podobno dziecko z czasem się uodparnia… także czekam z niecierpliwością 😀