Pożegnanie ze smoczkiem

Stało się! Podjęłyśmy z Olą decyzję o odstawieniu smoczka.

No dobra, ja ją podjęłam. Ola, gdyby mogła, zabrała by swojego przyjaciela na maturę, żeby się odstresować. Musiałam to zrobić dokładnie teraz. Po pierwsze dlatego, że Karol bardzo powoli, ale jednak, zaczyna przekonywać się do smoczka i łatwiej małej będzie zapomnieć o uspokajaczu, kiedy brat jeszcze z niego nie korzysta. Drugim argumentem, który przekonał mnie, że to już, była intuicja. Wiem, że to może brzmi śmiesznie, ale z Olą tak mam. Nawet ciężko mi to racjonalnie wytłumaczyć, po prostu ja czuję (instynkt macierzyński?), że ona jest gotowa. Mieliśmy tak z karmieniem piersią, samodzielnym zasypianiem i teraz przyszła kolej na smoczek.

U nas działa to na zasadzie prób i błędów. Kiedy chciałam odstawić Olę od piersi byłam już na początku ciąży z Karolem, a ona miała prawie skończony rok. Dodatkowo była na BLW, więc jej posiłki były zupełnie nieregularne i poza piersią dostawała obiady i czasem śniadania. Jeszcze w dniu jej pierwszych urodzin wszyscy mnie pytali, czemu jeszcze jej nie odstawiłam, przecież to obciąża organizm mój i rozwijającego się we mnie dziecka (to akurat bzdura, ale ok), ale ja nie byłam jakoś przekonana, nie czułam tego. Dokładnie tydzień po jej urodzinach, obudziłam się rano i pomyślałam, że czas spróbować. Tego dnia Ola nie dostała piersi ani razu, co więcej nawet się nie domagała, zwyczajnie przestała jeść. Od tamtej pory, aż do dzisiaj, już nigdy nie wspomniała o piersi. Okazało się, że to był idealny moment, ona już była na to gotowa, a ja tylko spróbowałam i byłam przekonana, że się nie uda.

W zeszłym tygodniu postanowiłam zaszaleć i zabrać Oli smoczek. Poszłyśmy do pokoju, wzięłam smoczek i wytłumaczyłam jej, że jest dużą dziewczynką i teraz musimy pożegnać się ze smoczkiem. Mała zrozumiała, zrobiła smoczkowi „pa pa”, a ja schowałam go do pudełka i wyniosłam z pokoju. I tu, po zeszłorocznych sukcesach z odstawieniem od piersi, myślałam, że pójdzie gładko. Cóż, myliłam się, bo moja córka jest już duża i tak łatwo nie zapomina o swoich przyjaciołach.

Od kiedy pożegnałyśmy się ze smoczkiem, muszę Oli co wieczór przypominać, że go już nie ma, bo chodzi po pokoju i go szuka. Zasypianie wydłużyło się z kilku minut do kilkudziesięciu i obowiązkowo, co wieczór muszę opowiedzieć jedną bajkę. Z początku zasypianie wydłużało się do tego stopnia, że w bajce o „Czerwonym kapturku” babcia z wnuczką pojechały na zakupy i wymieniałam każdy sklep po kolei, mówiąc co w nim kupiły. Na szczęście, z każdym dniem jest coraz lepiej i mam nadzieję, że wieczorne zasypianie niedługo wróci do normy.

Dzisiaj mija 5 dzień bez smoczka. Jeszcze trochę i mam nadzieję, że nie będę musiała codziennie powtarzać: „córeczko, smoczki są dla małych dzidziusiów, a ty nim już nie jesteś”… NIESTETY.

26.11.13 059 - Kopia

ola2 023

ola2 031

la 062

A jakie wy macie doświadczenia ze smoczkiem?

  • o Szalona! mnie pożegnanie ze smoczkiem, póki co, przeraża, tym bardziej, że zęby w natarciu…

    • Aga

      Odzwyczajenie poszło gładko, gorzej, że Karolek nie chce słyszeć o smoku i „wisi” na mnie 😉
      Stwierdzam, że przyzwyczajenie do smoczka jest dużo trudniejsze!

  • justyś

    a ja mam inne doświadczenia z odstawianiem smoczka… idealne wręcz i każdej matce takie życzę i sobie też, jak już urodzę drugie, odchowam i zabiorę smoczka i Jemu… a z córką to było tak:
    chciałam odstawić jak miała 1,5 roku, ale wszyscy, z moim mężem na czele mówili, żeby jeszcze miała, bo taka malutka, a niech sobie dyda jak chce i takie tam dyrdymały, więc ja głupia odpuściłam… jak córka miała 2 lata, poszliśmy na bilans dwulatka – i się bardzo dobrze złożyło, że i mój mąż był obecny, bo Pani doktor bez ogródek stwierdziła, że moja dziewczynka ma wysunięte jedynki do przodu i to jest wina dyndania smoczka (mimo, że dostawała go tylko do zaśnięcia)… mąż wtedy wspaniałomyślnie stwierdził, że trzeba smoczka usunąć, pozbyć się go jak najszybciej, a że jeszcze dziewczynka nasza zajada jakiegoś w kąciku ust się nabawiła, to powiedzieliśmy jej, że to smoczek jej takiego „ała” narobił, że tata tego dyda wyrzuci heeen przez okno, żeby jeszcze jakiś szkód nie narobił… i o dziwo – pomogło. obyło się bez płaczów i innych cyrków, czasem zapytała gdzie jej dyduś, odpowiedź dostała i zasypiała bez problemu… podsumowując – „pan dyduś” potrzebny był mojemu mężowi, a nie mojej dziewczynce, dziewczynka okazała się dojrzalsza od swojego tatusia… wszystko dobrze się skończyło
    p.s. dziewczynka ma obecnie 4,5 roku i na pytanie „co Ci się dzisiaj śniło?” zawsze odpowiada – „dyduś” 🙂 tak wdzięcznie się wtedy uśmiecha….

    • Aga

      Jaka urocza 🙂 niesamowite, że tak długo pamięta!

  • justyś

    oj pamięta, pamięta… raz nawet jej zaproponowałam, żeby sobie wzięła jak tak do niego tęskni, ale odmówiła z taką miną…że ja głupia matka, co ja gadam i w ogóle… a teraz wybiera dydusia dla braciszka… 🙂 który niebawem się urodzi…