Poród – czy na prawdę jest aż tak źle?

Żyjemy w XXI wieku, w cywilizowanym kraju, gdzie kobiety boją się na myśl o porodzie, a fora pękają w szwach od pytań o to gdzie rodzić i czego się spodziewać. Tylko czemu te pytania pozostają bez odpowiedzi, a o porodzie większość z nas chce jak najszybciej zapomnieć?

Kiedy byłam w pierwszej ciąży szukałam informacji na temat porodu i tego jakie doświadczenia mają inne kobiety i już wtedy zauważyłam, że matki bardzo niechętnie opowiadają o swoich przejściach z polską służbą zdrowia. Co gorsze, kilka z nich przyznało,że nie chce kolejnego dziecka ze względu na traumatyczny poród i na pewno nie zdecydowałyby się drugi raz na taki horror. To jest przerażające, bo to, że służba zdrowia kuleje wiemy wszyscy, ale o traumie jaką wiele szpitali pozostawia w głowie rodzącej milczymy, bo tak musi być, bo poród musi boleć, pogódź się z tym.

Chcę ci opowiedzieć o moich dwóch porodach. Nie dlatego, że chcę udowodnić, że poród jest czymś lekkim i przyjemnym, a rodzące gadają głupoty, bo zdecydowanie tak nie jest. Chcę udowodnić, że na prawdę da się urodzić normalnie, a normalnie znaczy po ludzku i z szacunkiem do ciebie, a to wszystko (niestety) zależy od personelu szpitala i tego czy domagasz się swoich praw. Moje obydwa porody przebiegły bardzo szybko, więc generalnie powinnam się cieszyć. Jasne, cieszyłam się, za drugim razem, bo pierwszy poród był fatalny. Sam poród przebiegał w obydwu przypadkach bardzo podobnie, za to szpital, położne i to jak byłam traktowana spowodowało przepaść między tym jak wspominam te dwa porody.

Poród – vol. 1

Lipiec 2013. Jedziemy rano do szpitala. 6 dni po terminie, a ja w końcu czuję, że coś się dzieje. Na miejscu oczywiście trzeba czekać w kolejce, ale pomimo mojego przerażenia nie jest źle, czuję się dobrze i nic mnie nie boli. Szybkie badanie i wypisują mi skierowanie na oddział. Pytam czy to konieczne, na co słyszę straszenie (spodziewałam się), że jestem po terminie i natychmiast na oddział, amkiedy urodzę pani nie potrafi odpowiedzieć. Jasne, odszedł czop śluzowy, a szyjka macicy się nie skróciła, skurczy oraz rozwarcia nie ma, więc uznałam, że mnie zwyczajnie straszy. A że byłam nastawiona psychicznie na to, że nie zostanę bez powodu w szpitalu, poprosiłam o zrobienie usg, na którym pani zobaczy czy wszystko jest ok i jeśli tak to idę do domu. Poza mamrotaniem pod nosem i bardzo brutalnie wykonanym usg wszystko było ok, więc poszłam do domu.

O godzinie 18ej odeszły mi wody, więc zadzwoniłam do Marka, że ma przyjeżdżać z pracy, sprawdziłam czy wszystko mam przygotowane w torbie i czekałam. Nie miałam wątpliwości, że to już bo mało nie zeszłam z tego świata przez skurcze, która strasznie bolały. W szpitalu na szczęście nie było kolejki, ale za to papiery do wypełnienia, badanie na fotelu ginekologicznym i KTG, nie muszę chyba mówić że to wszystko w połączeniu z ostrymi skurczami ciągnęło się w nieskończoność. Okazało się, że mam 4 cm rozwarcia, więc kazali mi się przebrać i zawieźli na wózku na górę. Na sali porodowej znowu podłączono mnie do KTG na kozetce. Niestety zapis się nie udał, bo miałam takie skurcze, że nie byłam w stanie wyleżeć na kozetce i co chwilę się podnosiłam. Po 20 minutach zrozumieli, że z zapisu nie wyjdzie raczej zbyt wiele i pozwolili mi pójść do wanny, a ja poprosiłam o znieczulenie.

Pani anestezjolog przyszła szalenie niezadowolona (może z powodu późnej godziny, wyrzuciła mi męża za drzwi i zaczęła krzyczeć na mnie, żebym nie panikowała i przestała krzyczeć i się zwijać, bo wbije mi igłę nie tam gdzie trzeba i będę sparaliżowana. Dodam, że cały czas ciekły mi wody płodowe i miałam już jakieś 7 cm rozwarcia. Jeszcze chwilę po podaniu znieczulenia czułam ból całego ciała, ale potem zupełnie przeszło, wszystko, włącznie ze skurczami. Dlatego z powrotem położyli mnie na łóżko i podłączyli KTG. Skurcze były, a rozwarcie postępowało, chociaż ja niczego nie czułam i marzyłam o drzemce. Koło północy miałam zrobione badanie i okazało się, że mam już 10 cm rozwarcia. Ja nadal nic nie czułam. Spytałam czy mogę rodzić na stołku, na co pani położna się zaśmiała, że to lekarz decyduje jak mu wygodniej odbierać.

Przyszedł lekarz, dwie położne, jakaś jeszcze lekarka, a pani salowa sprzątała w tym czasie pod łóżkiem. Kazali mi się położyć na łóżku i wszyscy wpatrzeni miedzy moje nogi czekali, aż zacznę przeć. Niestety, nic z tego, bo niczego nie czułam, no a skoro nie czuję, to nie ma na co czekać i hop, dożylnie oksytocyna. Po chwili zaczęłam czuć już skurcze, ale ni cholery nie byłam w stanie wypchnąć 4-kilogramowego dziecka na leżąco. Lekarz stwierdził, że skoro nie mogę na leżąco to on zaprasza na boczek i jedna noga do góry. Musze przyznać, że chyba uprawiał jakąś jogę, bo w życiu nie widziałam takiej pozycji do rodzenia i pierwsze słyszę, żeby komukolwiek udało się tak urodzić. Na mój bunt pan doktor posłał mi parę gróźb o kleszczach czy próżnociągu i kazał z powrotem na plecy. W tym czasie, ani się obejrzałam, a zobaczyłam położną, która właśnie skończyła mnie nacinać. Miło. Na dokładkę pan doktór nawrzeszczał na mojego męża, który próbował mnie wspierać, twierdząc, że mam się skupić na parciu a nie na gadaniu.

Całe szczęście, moje dziecko zrozumiało co się z matka wyprawia i jakimś cudownym sposobem udało jej się w takiej pozycji wyjść. Nawet nie wiem do czego porównać urodzenie dziecka ważącego 4040 g w pozycji leżącej. Chociaż, może lepiej nie próbuj sobie tego wyobrazić.

Po porodzie próbowałam nakarmić małą, ale ona ciągle płakała i nie chciała jeść. Jak się potem okazało była zwyczajnie śpiąca i miała gdzieś jakiekolwiek ssanie. Dlatego, kiedy zostałam zignorowana przez personel, zakończyłam przytulanie mojego dziecka i oddałam je ojcu, który ponosił ją chwilkę, a ona w tym czasie odpłynęła. W sumie jej się nie dziwię, bo po godzinie parcia sama miałam ochotę na kilka dni snu.

Położna mnie zszyła, tatę z dzieckiem odesłała do sali poporodowej, a mi kazała wstać. Nie posłuchała, że nie mam siły, więc musiała łapać mnie w locie i kłaść z powrotem na łóżko, żeby potem biec po wózek.

Spędziłam tam trzy doby. Najgorsze trzy doby w moim życiu. I nie wiem jak bym to przetrwała, gdyby nie fakt, że mieliśmy jednoosobowy pokój, a położne nie były nami zainteresowane. A niestety i mimo tego, nie obyło się bez straszenia utratą masy, dokarmiania dziecka glukozą i innych ciekawych historii, które lepiej zostawię na później.

Poród – vol. 2

Nie dziwisz się pewnie, że przed kolejnym porodem bałam się jeszcze bardziej niż przed pierwszym. Wiedziałam już jednak, że na pewno wybiorę inny szpital i że na pewno będzie to szpital, który słynie z normalnego podejścia do pacjenta.

Kiedy o 9ej rano zaczęły się niewielkie skurcze poszłam do… łóżka i cierpliwie czekałam, aż odejdą mi wody. Tak bardzo nie chciałam być zbyt długo w szpitalu, że postanowiłam czekać na wyjście z domu najdłużej jak się da. Nie udało się, bo skurcze stały się bardzo bolesne, dlatego zapakowałam rzeczy i po 18ej pojechaliśmy do szpitala, do którego jechaliśmy ponad pół godziny, bo szpital jest dość daleko, co przy skurczach uznałabym za tak samo nieprzyjemne jak sam poród. No, ale udało się i dojechaliśmy.

Na miejscu wszyscy byli bardzo spokojni, więc i mi jakoś milej się czekało na KTG i badanie, chociaż już na wstępie byłam zła, że nie biorą mnie od razu na salę. Miałam 3 cm rozwarcia. Potem okazało się, że czekamy bo w szpitalu zwyczajnie nie ma miejsc i bardzo się cieszę, że mi o tym nie powiedzieli od razu, bo pewnie postanowiłabym pojechać gdzie indziej, a już nie bardzo był na to czas. Co nie zmienia faktu, że byłam zła, że muszę siedzieć w poczekalni.

Jednak personel był bardzo miły i cierpliwy. Podłączyli mnie do KTG, a co do do kilku stron papierów, oświadczeń i innych dokumentów to pani zadała mi kilka pytań podczas KTG i poprosiła o podpis, a resztę papierologii wypełniałam już po porodzie. W końcu przyszła lekarka i powiedziała mi, że nie mają miejsc, ale jeśli się zgodzę to przyjmą mnie w Domu Narodzin. Ja miałam już tak silne skurcze, że pomimo zapierania się cała ciążę, że bez znieczulenia absolutnie nie urodzę, to i tak się zgodziłam, bo już chciałam mieć to wszystko za sobą. Pani zabrała moje rzeczy i zaprowadziła mnie na salę.

20:00. Już na sali położna nalała mi wody do wanny, przyciemniła światło i wyszła. Już wtedy czułam się jak na zabiegu SPA, a nie w szpitalu. I gdyby nie ten przeraźliwy ból i brak możliwości poproszenia o znieczulenie to może nawet zdołałabym się zrelaksować. Godzina minęła jak pięć minut, a ja ciągle leżałam w wannie próbując sobie wyobrazić, że siedzę w jacuzzi u Ireny Eris, ale niestety jedyne skojarzenia jakie wtedy miałam to raczej ocean i rozrywanie dolnej części ciała przez krwiożerczego rekina. Mój mąż nawet próbował nastawić radio i włączyć jakąś relaksującą muzykę, żeby mi ten moment rozszarpywania ciała jakoś umilić, ale nie udało się, bo zaczęłam głośno protestować na jakąkolwiek muzykę. Zaczęłam mieć skurcze parte.

Położna przyszła, kazała mi wyjść z wanny, a na pytanie mojego małżonka o to co mam teraz robić (mi aż się samo cisnęło na usta „no ciekawe kurwa co”), pani ze spokojem odpowiedziała, że mam się ułożyć gdzie i jak mi wygodnie, ale ona sugeruje kucnąć albo uklęknąć. Z jej sugestii skorzystałam i zanim z ulgą stwierdziłam, że ta część porodu trwała dokładnie 5 minut (!) to oczywiście musiałam zacząć histeryzować, że nie dam rady. Wiesz, musisz zrozumieć, że podczas pierwszego porodu nic nie czułam podczas parcia przez zbyt późno podane znieczulenia, natomiast teraz czułam wszystko i zaczęło mnie to przerażać nie na żarty, a ja z natury jestem straszliwa panikara. Położna usiłowała mi coś tam tłumaczyć, ale nawet jej nie słuchałam, a jedyne co dotarło do moich uszu to: „Musi mi Pan pomóc, bo z nią się już nie dogadamy”. I nawet nie wiesz jak ogromną ulgę poczułam w tamtym momencie, nie dlatego, że nasz syn za chwilkę był już na świecie, a dlatego, że pani pojęła, że jedyne o czym marzę, oczywiście poza cesarskim cięciem, drinkiem albo ucieczką do domu, to to, żeby dała mi w końcu święty spokój.

Nasz syn urodził się po 2 godzinach od przyjazdu do szpitala i jestem pewna, że panujące warunki oraz spokój i „nie przeszkadzanie” mi w porodzie przez położną, jest tym co zdecydowanie ograniczyło mój stres w tamtej chwili i pomogło mi szybciej przez poród przejść.

Po porodzie leżałam dwie godziny albo i dłużej z synem wtulonym we mnie. Potem poszedł z moim mężem na mierzenie, ważenie i ubieranie, a nie było ich może 10 minut. Mnie nikt nigdzie nie przenosił, pani pomogła mi się umyć i ubrać, zszyła co popękało (tak, nie było nacinania) i oddali mi dziecko. Salowa posprzątała, a że było koło 22ej dostałam kolację i znów przyciemnili światło, żebym mogła odpocząć. Z czystej ciekawości spytałam jeszcze o lampkę szampana albo cokolwiek mocniejszego, no ale aż tak się nie udało, więc musiałam się zaspokoić ciepłą herbatą.

Widzisz różnicę?

Wbrew pozorom nie są to porody, które odbyły się 20 lat temu i dziś, dzieli je jedyne 18 miesięcy. Wyposażenie szpitala, podejście do rodzącej, nastawienie personelu i atmosfera jaka panowała w tych obydwu miejscach była zupełnie inna, mimo, że w każdym szpitalu powinnaś móc się spodziewać tego samego.

Może szpitale chcą zapewnić rodzącym swego rodzaju rozrywkę i organizują grę „Zgadnij w której epoce się dziś znajdziesz” i oferują możliwość przeniesienia się do czasów średniowiecza, PRL-u lub naszych obecnych czasów. Szkoda tylko, że to nie jest zabawne, zwłaszcza dla ciężarnej, która w obawie przed tym co ją czeka przeszukuje fora internetowe, próbują znaleźć najlepsze dla siebie miejsce do porodu.

Twoje zdanie robi różnicę

Czemu to wszystko piszę i uzewnętrzniam się ze swoimi porodami publicznie? Ano dlatego, że moim zdaniem każda z nas może się przyczynić do poprawy standardów opieki nad rodzącą. Problemem jest to, że większość z nas głęboko w sobie skrywa wszystkie szczegóły dotyczące porodu i próbuje o tym zapomnieć. I to jest błąd! Jeśli zaczniemy odzierać temat porodu z jego tabu, to inne rodzące kilka razy się zastanowią wybierając dany szpital. Nigdy nie pojechałabym rodzić gdzieś, gdzie z góry wiem, że źle mnie potraktują. Trzeba zmieniać podejście do porodu przede wszystkim dla zdrowia psychicznego rodzących kobiet. Bo poród nie jest nieprzyjemnym wydarzeniem, gdzie masz się zamknąć i robić swoje. Poród może być niezbyt przyjemny i bolesny, bo takie i tak będzie, ale ludzki. Bo nie jesteśmy maszynami do wypchnięcia dziecka, których samopoczucie się nie liczy. To Ty jesteś najważniejsza podczas porodu, serio!

 

Są dwie strony w internecie, które warto przejrzeć przed porodem, a już szczególnie warto opisać tam swój poród i warunki panujące w szpitalu- Fundacja Rodzić po Ludzku i Lepszy poród.

Uwierz mi, że to ty powinnaś móc dyktować warunki, to ty jesteś najistotniejsza podczas porodu, a nie to jak lekarzowi będzie wygodniej patrzeć. Masz prawo decydować o sobie i swoim dziecku, a personel jest dla ciebie i jego zadaniem jest ci ułatwić przejście przez to wydarzenie, które nie jest żadną chorobą czy operacją.

Niektórzy lekarze powinni zastanowić się nad pochodzeniem nazwy „służba zdrowia” i na nowo odnaleźć swoje powołanie lekarskie, zamiast wyżywać się na zestresowanych pacjentkach. Bo każda z nas ma prawo do godnego traktowania, a czasy przymusowej lewatywy czy innych upokarzających zabiegów odbywających się na oczach grupy stażystów powinny minąć bezpowrotnie.

  • ania_d

    nie jestem z tych co uwazaja, ze porod bez szpitala czy procedur jest bezpieczny i troche balabym sie takiego. ale i tak pierwszy porod byl straszny. trwal 12 godzin, podawali mi oksytocyne, przebijali pecherz, a i tak sie nie udalo bez interwencji i Julcie wyciagneli proznociagiem 🙁 Sama nie chcialabym rodzic w domu narodzin, bo chce miec ten komfort, ze w razie niebezpieczenstwa jakiegokolwiek wszystko jest pod reka i lekarze tak samo itp. co nie zmienia sprawy, ze kobiete w ciazy traktuje sie jak inkubator. niestety 🙁