Nie chcę być nowoczesną matką-robotem.

Są takie dni, jak dzisiaj, kiedy wszystkie najgorsze bluzgi, które przyjdą ci do głowy… to zdecydowanie za mało!

Południe. Ja ciągle w piżamie, bez prysznica i próbuję napisać tekst na bloga, ogarnąć to co zdążyły przez kilka godzin wynieść na środek pokoju dzieci, ewentualnie wstawić jakiś obiad. Jestem na nogach od 4ej rano. Zresztą, to od kilku dni norma. Okres aktywności moich dzieci, dziwnym trafem, przeciągnął się i teraz spędzamy z nimi cudowne 16 godzin każdego dnia (5.00-21.00). Żyć, nie umierać! Do tego, jak już pisałam na fejsbuku, mamy w domu nasze prywatne #OspaParty, a co za tym idzie całą dobę słucham: „Mamo boli”, „Mamo, nie će smalować”, „Mamo, će pić” i tak mamo, mamo od rana do nocy. Całe szczęście, że ten drugi potrafi na razie powiedzieć: „mama”, „picie” i na tym się kończy jego lista życzeń, gdyż reszty udaję, że nie rozumiem. No i żeby nie było zbyt kolorowo to za cel dzisiejszego dnia, szanowny pan postawił sobie wyrzucenie wszystkich książek, zabawek i innych pierdół, które od dwóch dni pieczołowicie układałam na półkach i w szufladach.

Dodaj do tego fochy 3-latki, trzaskanie drzwiami oraz lament o źle wyjętą plastelinę i jeszcze 1,5 rocznego chłopca, który właśnie uskutecznia swoją asertywność wobec rodziców. I najgorsze jest to, że oni ciągle gadają lub zadają mi jakieś pytania i jasne jest to, że muszę oderwać się od tego co robię, żeby odpowiedzieć, bo niestety zwykłym „yhym” już nie wystarcza.

Takie dni, jak dziś, są ciężkie. Sprawiają, że marzę o tym, żeby pójść do pracy na 8 godzin, a dzieci oddać babci. Chociaż nie, szkoda babci, lepiej do żłobka i przedszkola. Jest ciężko, bo mam swój plan na cały dzień, który przemyślałam i opracowałam wczoraj wieczorem niemal do perfekcji, a dwie istoty mierzące mniej niż metr wzrostu, usiłują mi wszystko wywrócić do góry nogami.

Wiesz, wracałam już do pracy i to wcale nie ciężkiej, takiej gdzie spędzałam dużo czasu z dziećmi i nie było mnie tylko popołudniami i powiem ci, że to jest do bani. Możesz myśleć inaczej i nie zamierzam cię do tego przekonywać, ale ja źle się czuję z dala od moich dzieci. I to nie chodzi o wyrzuty sumienia, z racji tego, że ich zostawiam, ani o to, że muszę ogarnąć pracę, dom, obiad i dzieci. Chodzi o zwyczajną moją niechęć do takiego stylu życia. Próbowałam to jakoś ładniej ubrać w słowa, ale trafiłam na cytat Audrey Hepburn, z książki napisanej przez jej syna, który idealnie odzwierciedla moje odczucia względem macierzyństwa i kariery.

 

„Niektórzy myślą, że moja rezygnacja z kariery była wielkim poświęceniem dla rodziny; ale tak wcale nie jest. To coś, czego najbardziej pragnęłam. To smutne, gdy ludzie myślą, że takie życie jest nudne. Przecież rzecz nie w tym, żeby tylko kupić mieszkanie, wyposażyć je i zostawić puste. Chodzi o kwiaty, które wybieramy, muzykę, której słuchamy i uśmiech, który tam na nas czeka. Chcę, żeby mój dom był radosny, pogodny, żeby był rajem w tym trudnym świecie. Nie chcę, żeby mój mąż i dzieci po przyjściu do domu zastawali w nim przygnębioną kobietę. Nasze czasy są już dostatecznie przygnębiające, prawda?”

 

To jest mój ideał, do którego dążę. Przytulny dom, pełen ciepła, miłości i przede wszystkim szczęścia. A taki dom kojarzy mi się wyłącznie z gromadką dzieci, a później z jeszcze większą gromadką wnuków. Dlatego gdzieś mam te wszystkie ideały, do których czujemy się zobowiązane dzisiaj dążyć. Kariera, dzieci, dom, świetna sylwetka i ogólne szczęście. Matka radząca sobie ze wszystkim, która osiąga sukces, kształci dzieci, inwestuje w ich miliony zajęć dodatkowych, a tyłek ma w rozmiarze 34. Fajnie. Tylko mi taki obrazek kojarzy się z katorżniczą robotą, a nie ze szczęściem. Moje szczęście to przytulny dom za miastem, bawiące się w nim dzieci i ogólny spokój. Bez ciągłego wyścigu z czasem, bez milionów telefonów z biura, bez spędzania weekendów na zakupach, bo w tygodniu nie starcza czasu. To jest mój ideał.

Do tanga trzeba dwojga…

lub pięciorga.

Macierzyństwo jest hardkorowe, ale ja to kocham. I niestety często o tym zapominam, i wkurzam się na siebie, że po co mi to było. Na szczęście jest ktoś mądrzejszy ode mnie… moje dzieci, które jednym uśmiechem lub nieporadnie wypowiedzianym słowem „mamusia”, sprowadzają mnie na ziemię i przypominają mi o tym.

Zawsze marzyłam o dużej rodzinie, nie napiszę jak dużej, bo podejrzewam, że u większości spowodowałoby to zawał serca. I nie mam na myśli mojego męża, bo on o wszystkim wie. Nie wiem co wyjdzie z moich marzeń, bo jak zapewne wiesz, plany to jedno a ich wykonanie czasem nie jest takie proste. Za to wiem, że samym faktem, iż CHCĘ mieć więcej dzieci wprawiam w zdziwienie wielu ludzi. Czasem to bywa dość zabawne. Kiedy byłam w ciąży z Karolem, jakieś 90% ludzi gratulowało mi chłopca mówiąc: „ooo, parka! to już macie komplet”. Irytowało mnie to niesamowicie, w końcu to nie ich sprawa ile chcę mieć dzieci, ale nie wiedziałam co odpowiadać. W końcu wpadłam na genialny tekst i na każde gratulacje z okazji posiadania parki i tego, że możemy zakończyć „produkcję”, odpowiadałam, że naszym celem są dwie parki, więc jeszcze trochę. Wierz mi, że tym tekstem kończyła się rozmowa dotycząca naszych planów rozrodczych.

Bardzo nieładnie jest kłamać

Powtarzam to moim dzieciom, więc sama nie mogę być tego zaprzeczeniem. Dlatego, jak powiedziałam, tak zrobiłam……… i w grudniu pojawi się nasze trzecie dziecko!

Cieszę się jak szalona, zwłaszcza, że trochę przeszliśmy zanim się ono pojawiło. I mam gdzieś, że niektórzy mają nas za wariatów i nawet na usg ostatnio pani całą wizytę przyzywała, że „w tym wieku już trzecia ciąża”. To jest nasze życie, nasze szczęście. A ja naprawdę, od zawsze, najbardziej pragnę być w domu z moimi dziećmi i dbać o to ciepło, które ma u nas być i koniec. Serio, nie kręci mnie życie korpo-mamy, glam-mamy, fit-mamy czy co tam jeszcze wymyślono. I mimo wkurwu, który w związku z moim obecnym stanem, pojawia się u mniej więcej co 2 godziny każdego dnia, to jestem szczęśliwą kurą domową.