Nadal jestem pewna

Po czymś takim, każdy normalny człowiek stałby się bardziej ostrożny, zacząłby uważać i bardziej pilnować dziecka. Ale nie ja.

Zawsze uważałam, że dzieci potrzebują dużo wolności w podejmowaniu decyzji oraz odkrywaniu świata. I nie mówię wcale o nastolatkach, a o maluchach, które dopiero zaczynają się wszystkiego uczyć. Moje dzieci upadały, wkładały wszystko do buzi, wspinały się, potykały, biły, kłóciły, przepychały, brudziły siebie i wszystko dookoła, a co najgorsze (dla mnie) potrafiły palcem dotykać najobrzydliwsze ślimaki i robaki na podwórku. Moja rola ograniczała się w tym wszystkim do pilnowania, żeby przedmioty brane do buzi nie były zbyt małe, albo upadek nie miał miejsca z metra wysokości czy palce lub widelec nie wylądowały w gniazdku. Jedyne co ja robiłam, to stałam obok moich dzieci i dbałam o ich bezpieczeństwo, ale głównie byłam z boku i patrzyłam jak ONI poznają świat i doświadczają różnych rzeczy na własnej skórze.

Ale wczoraj było nieco inaczej.

Pisałam ci ostatnio na fejsbuku o tym, że mieliśmy mały wypadek i spędziłam część dnia w szpitalu, a resztę na obserwowaniu mojego dziecka. Nasz syn jest bardzo ruchliwym dzieckiem. Wspina się na meble, włazi absolutnie wszędzie i jest na tyle sprytny, że potrafi przysunąć sobie krzesło czy stolik, żeby osiągnąć swój cel i wejść na parapet czy stół. I do tej pory nasz system (ja z boku kontroluję, ale on radzi sobie sam) sprawdzał się świetnie. Oczywiście, Karol, jak na ruchliwego półtoraroczniaka przystało, ciągle z czegoś spada, potyka się i w efekcie niejednokrotnie wygląda jak ofiara przemocy domowej, z nogami całymi w siniakach. Ale jak już wiesz, nie należę do mam, które biegną za dzieckiem, żeby tylko przypadkiem się nie potknęło i nie rozcięło nóżki. Uważam, że te poobijane nogi są dowodem na wspaniałe dzieciństwo, niezakłócone szaloną mamuśką, która ciągnie dziecko za smycz na plecaczku.

Nasz syn radził sobie świetnie, spadał, nabijał guza, ale biegł dalej i nigdy nic groźnego nie miało prawa się wydarzyć. Niestety, tego dnia było inaczej, mieliśmy pecha. Karol spadł z małego, dziecięcego krzesełka z Ikea, które ma może 20 centymetrów wysokości. I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że głową rąbnął o kant plastikowej zabawki. Z tyłu głowy urósł mu krwiak wielkości śliwki, a ja miałam do opanowania swój stres, przykładanie lodu drącemu się wniebogłosy dziecku i strach z jakim przyszło zmierzyć jego 3 letniej siostrze.

Nie powiem, nastraszył mnie niesamowicie. W tamtej chwili pomyślałam sobie, że ściągam ze strychu kojec i zamykam go tam na stałe. Koniec wolności. Koniec ryzyka. Koniec mojego stresu, z jakim wiąże się jego próba samodzielności.

W szpitalu okazało się, że wszystko jest w porządku, nie potrzebne było nawet prześwietlenie. Nie będę ci mówić z jaką miną patrzył na mnie lekarz, kiedy pokazałam mu z jakiej wysokości spadł Karol. Niech ci wystarczy to, że kazał mi to trzy razy powtórzyć. I może trochę poczułam się jak rozhisteryzowana mamuśka, ale w tamtej chwili, zresztą teraz też, mam to gdzieś. Ważne, że sprawdziłam, że wszystko jest w porządku. Bo nikomu nie życzę takiego uczucia, kiedy twoje dziecko krzyczy z bólu i zaczyna przelewać ci się przez ręce. I nie masz pojęcia czy traci przytomność czy po prostu boli go okład z lodu w miejscu uderzenia.

A jak jest dzisiaj? Dzisiaj znów wszedł na to samo krzesełko, znów się przewracał, potykał i uderzał. A ja nadal jestem pewna, że robię dobrze pozwalając mu na to wszystko. Ja wiem, że powinnam teraz panikować, bać się i odgarniać mu wszelkie przeszkody spod nóg, a krzesła najlepiej wynieść z domu. Cóż, nie zrobię tego. Ja dalej stoję z boku i podziwiam go, bo Karol ma w sobie jedną cechę, której mu szalenie zazdroszczę… jego upór. To jest niesamowite, że dziecko wejdzie na to samo krzesło dziesięć razy i dziesięć razy z niego spadnie, ale będzie próbował dopóki nie uda mu się w końcu nie spaść. I kiedy poczuje tą satysfakcję z tego, że osiągnął to po co przyszedł do tego krzesła, dopiero wtedy zajmuje się czymś innym. Patrzę na to ze stoickim spokojem, mimo, że wewnątrz coś mnie rozrywa i krzyczy, żeby mu pomóc, żeby zabrać to krzesło, żeby więcej nie spadał. I zazdroszczę mu, bo widzę, że nie odpuszcza, że dąży uparcie do celu, który sobie wyznaczył. Bardzo, ale to bardzo, chciałabym też tak potrafić. A jako dorosły, który nie posiada tej cechy, wiem, że nie mogę jej w moim synu zabić.

Jestem pewna, że robię dobrze. Wiem, że jemu będzie dzięki temu lepiej, że łatwiej będzie osiągał sukces i radził sobie jako dorosły człowiek. Wiem też, że czeka mnie jeszcze wiele stresu, lęku o niego i cierpienia z powodu tego, że nie mogę czegoś zrobić za niego. Ale nie zrobię i zawsze będę stała z boku i mu kibicowała, po prostu.