Na to im NIGDY nie pozwolę!

Jestem przy moich dzieciach zawsze, kiedy mnie potrzebują i chcę być blisko nich. Jest jednak jedna granica, której nie mam zamiaru przekraczać.

Zawsze wiedziałam, że będę wspierać moje dzieci. Będę przy nich dokładnie wtedy, kiedy będą tego potrzebowały. Obce mi było takie typowo zdystansowane podejście do wychowywania dzieci. Nie rozumiałam i nigdy nie zrozumiem zostawiania dziecka w łóżeczku, żeby się wypłakalo, albo mówienia dziecku ze mamusia go nie będzie lubić, jeśli zachowa się nieodpowiednio. Wiedziałam, że będę ostoja dla moich dzieci- będę stałym punktem w ich życiu, do którego będą mogli się odnieść. Jednocześnie chciałam, żeby zawsze mieli pewność, ze mogą na mnie liczyć, że przytulę ich, kiedy mnie zawołają i że nigdy nie będą się bali przyjść do mnie z jakimkolwiek problemem czy pytaniem. Nie chce i nie będę katem dla swoich dzieci. Nie będę ich tresować, chcę być czułą matką, na którą moje dzieci zawsze będą mogły liczyć.

To wszystko, automatycznie ciągnie za sobą konsekwencje w postaci spania z dziećmi, wtedy kiedy się boja czy chcą być blisko, biegnięcia na złamanie karku, bo jest im przykro i potrzebują pocieszenia oraz, może przede wszystkim, bycia stałym w swoich zachowaniach i konsekwentnym w czułości wobec nich, nawet kiedy chce mi się rzygac na wszystko co mnie otacza. I to jest w byciu rodzicem, jak dla mnie najtrudniejsze.

 

ALE

Jestem mamą, ale jestem też żona i przede wszystkim kobieta. I w tym wszystkim próbuje zachować odpowiednia równowagę, taki logiczny balans. Jasne, można poświecić się dzieciom całkowicie, bez reszty, rezygnując tym samym z siebie, swoich planów, swoich potrzeb czyli w efekcie ze swojego życia. Wtedy też można skończyć jako sfrustrowana kobieta, która nie ma czasu dla siebie a tym bardziej dla swojego męża i związku. Dlatego staram się dbać o męża, ale też- albo przede wszystkim 😉 o siebie. Nie chodzi w tym wyłącznie o dbanie o swój wygląd czy dobre samopoczucie, ale przede wszystkim muszę dbać o swój komfort psychiczny. Mam swoje przyzwyczajenia, które dają mi taki komfort i nawet jako matka nie zamierzam z nich rezygnować. Jednym z nich jest moja intymność.

Czasem spotykam się z kobietami, które twierdzą ze po porodzie puściły im wszelkie hamulce. Kiedyś wstydziły się rozbierać u ginekologa, krępowały się sikać w publicznej toalecie czy mówić głośno o fizjologii. A potem była ciąża, a po ciąży poród. Poród, kiedy musiały niemalże nago paradować po szpitalnych salach, żeby później pokazać się z najmniej korzystnej (przynajmniej podczas porodu) strony. I ten poród zmienia w sumie wszystko, a właściwie przygotowuje nas na to, co ma nastąpić wkrótce… dziecko w toalecie! I nie chodzi wcale o odpieluchowywanie naszej pociechy, chodzi o to, ze wpuszczamy dziecko do łazienki. Internet huczy od obrazków przedstawiających matkę, której największym marzeniem jest samotna wizyta w toalecie. Kurcze, współczuje.

 

NIGDY W ŻYCIU

Pobyt w łazience, bez względu na to czy chodzi o siedzenie na toalecie czy zwykły prysznic, jest dla mnie świętością. Jest to jedyna intymność, która mi zostaje w domu pełnym małych dzieci. Nie jest łatwo robić cokolwiek w samotności kiedy mieszkasz z trójka dzieci, a każdy potrzebuje chociaż odrobiny intymności, inaczej się nie da. Chociaż w sumie się da, ale szybko powoduje to frustracje i masz ochotę rzucić się pod pociąg, a nie zajmować dziećmi.

Pozwalam moim dzieciom wchodzić do mojego łóżka, pozwalam im podjadać mi śniadania, pozwalam im wskakiwać mi w ramiona, kiedy tylko tego potrzebują. Pozwalam im na wiele. Stawiam tylko jedna granice w swojej intymności, a jest nią toaleta. Kiedy w jej jestem, moje dzieci nie maja tam wstępu. I bezczelnie korzystam z tej wolności, bez względu na to czy odbywa się to kosztem obejrzenia przez nich bajki czy bałaganu w pokoju. Potrzebuje intymności, dlatego NIGDY nie pozwolę moim dzieciom iść ze mną do toalety.