Lekarzu, ogarnij się!

Tak bardzo chciałabym zmienić swoje zdanie na temat przeciętnego lekarza, bardzo mocno się staram… i nic!

Od bardzo dawna już korzystam wyłącznie z prywatnej służby zdrowia. W sumie wkurza mnie to, że muszę płacić za wizytę u lekarza de facto podwójnie, bo za państwową opiekę mam obowiązek odprowadzać składki. Ale trudno, w końcu mam wybór, mogę chodzić państwowo, dlatego wcale nie narzekam na koszty. Zresztą, mimo tego co myślą niektórzy, nie jest to moja fanaberia czy chęć bycia lepszą, a już na pewno nie nadmiar pieniędzy. Ja zwyczajnie miałam dość kilometrowych kolejek, wizyt za trzy miesiące i dopominania się o każde badanie, a już w szczególności miałam dosyć…chamstwa lekarzy!

Pewnie, zdarzają się wyjątki. Niestety, większość lekarzy pracujących w państwowych przychodniach, to nadęte gbury, którym się wydaje, że są nie wiadomo kim. Niejednokrotnie zachowują się jakby robili łaskę, że w ogóle poświęcają mi swój czas. Może mam zwyczajnie pecha, ale tak do te pory było. Przez to zrezygnowałam praktycznie całkowicie z państwowej opieki zdrowotnej, a jedyne z czego korzystałam od kilku ładnych lat to poród w szpitalu, chociaż gdyby nie trwał tak krótko, to z pewnością zastanowiłabym się dwa razy czy nie wybrać bardziej przyjaznego miejsca. Jednak wszystko się zmieniło kiedy pojawiły się dzieci.

dziecko u lekarza

Mamy fajną przychodnię dla dzieci, gdzie kolejki są niewielkie, a największym minusem jest to, że nie da się dodzwonić. Ale przecież to nic, bo jest ona 10 minut spacerem od naszego domu. Do tego super pediatra, z podejściem do dzieci i nie ładujący w nie wszystkich możliwych antybiotyków na rynku. Niby ideał i niby mnie to przekonało do lekarzy. W końcu, może tylko ci dla dorosłych nie szaleją z byciem uprzejmym, ale do dzieci podchodzą inaczej? Bardzo chciałam, żeby tak było, bardzo chciałam, żeby moje dziecko nie bało się lekarzy i chodziło na kontrole z przyjemnością. I udawało się to… dopóki styczność mieli wyłącznie ze swoim pediatrą i przemiłą pielęgniarką robiącą szczepionki.

Ola dostała skierowanie do laryngologa, z powodu problemów z mową. I tu zaczyna się krótka historia o tym, jak moje dziecko po raz pierwszy w życiu zaczęło się bać lekarzy. Ja, ze swoimi uprzedzeniami do wszelakiej maści specjalistów, oczywiście przewertowałam sieć w poszukiwaniu tego najfajniejszego pod kątem dzieci. Pech chciał, że był na urlopie i trafiłyśmy do kogoś innego.

Przed wizytą powiedziałam córce co będzie miała badane i jak mniej więcej będzie wyglądała wizyta. Jednak to, co nas spotkało zaskoczyło i mnie. Pan doktor szybko spytał o co chodzi, po czym kazał Oli usiąść samej na fotelu, a kiedy usiadłam razem z nią, w końcu 3-latka może jeszcze czuć się niepewnie sama, skwitował to krótkim: „taka duża, a taki tchórz”. Potem nie obyło się oczywiście bez mocnego trzymania dziecka za głowę, bo na „pewno ucieknie” i odwracania głowy bez ostrzeżenia, co tylko małą wystraszyło. Oczywiście zero kontaktu z dzieckiem, a pan doktor coś mruczał sam do siebie pod nosem i patrzył na mnie jak na wariatkę, kiedy próbowałam tłumaczyć Oli co się dzieje, żeby ją uspokoić. Nie do końca to pomogło, bo na koniec nie chciała absolutnie otworzyć buzi i pokazać gardła, dzięki czemu usłyszałyśmy, że „jak się jest takim nieznośnym to trzeba robić rezonans, bo on nie będzie tak pracował”. Po czym oddał nam książeczkę wraz ze skierowaniem i kazał przyjść ze zdjęciem gardła.

Zdjęcia pokazały, że wszystko jest na swoim miejscu, więc mogłam obiecać Oli, że tamtego lekarza nie zobaczy już więcej na oczy, a sama postanowiłam, że następnym razem po jednym głupim tekście bez wahania opuszczam gabinet.

no, ludzie!

To jest dla mnie zupełnie niezrozumiałe… jak ktoś taki może pracować z dziećmi? Czemu lekarzom ciągle się wydaje, że są świętymi krowami, które z racji wykonywanego zawodu mogą sobie pozwolić na niemalże wszystko? Kompletny brak szacunku do pacjenta sprawił, że pożegnałam się z państwową służbą zdrowia, chociaż to smutne, że trzeba płacić za ludzkie podejście.

Od małego uczę swoje dzieci tego, że inni mają ich szanować i nie mogą pozwolić na to, żeby ktoś traktował ich w sposób, który jest dla nich niekomfortowy. Od samego początku powtarzam mojej córce, że bez pytania nikt nie może jej wziąć na ręce, pocałować ani trzymać na siłę, kiedy tego nie chce. Lekarzu! Czemu chrzanisz to wszystko? Czemu wywołujesz w moim dziecku zmieszanie i lęk, bo nawet nie raczysz spytać czy możesz ją zbadać, nie raczysz powiedzieć jej co teraz będzie się z nią działo. Ja wiem, że tak to zawsze było. Ale co z tego? Ja się nie zgadzam na to pomiatanie pacjentem i wzbudzanie w moim dziecku lęku przed każdą przychodnią i szpitalem, na to, żeby reagowała histerią na widok lekarzy ubranych w kitel.

Bo wiesz, naprawdę da się inaczej. Teraz nasze dzieci mają lekarza, który pyta czy może je zbadać, który informuje co się będzie teraz działo i PROSI, żeby otworzyli buzie. Nie robi nic na siłę, a o dziwo nasze dzieci współpracują, a na wieść o wizycie u lekarza bardzo się cieszą, o ile zapewnię ich, że jedziemy wyłącznie do doktora Andrzeja.

Szanowny lekarzu, nie traktuj swoich pacjentów z góry, bo wierz mi, że skończyły się czasy, kiedy byłeś KIMŚ z racji tego, że skończyłeś medycynę. Pacjent zasługuje na szacunek, a zwłaszcza taki mały pacjent, który jeszcze ci ufa.

 

  • Świetnie Cię rozumiem. Z publicznej opieki zdrowotnej korzystałam ostatnio w maju i czerwcu. Końcówka ciąży, regularne kontrolne KTG i ogólnie trochę problemów. Myślałam, że tam zejdę :/ Kolejki, zamieszanie, nieprzyjemni lekarze. Never again. Nawet nie wiem czy mam ochotę ponownie rodzić w szpitalu publicznym. Bo prywatną opiekę mam już od lat. I mimo, że tutaj też mam pewne zastrzeżenia – to i tak jest lepiej niż było z publiczną…
    Inna sprawa, że z córeczką na bilanse, itp. chodzę do publicznej przychodni. Ale jeśli coś się dzieje – nawet nie próbuję się tam umawiać i nie wiadomo ile czekać w kolejce. Płacę również za prywatną opiekę dla niej.
    A to, że powoli przestaję wierzyć w sens chodzenia do lekarzy i ich kompetencje to już inna historia.

    • Aga

      Widzę, że mamy podobnie jeśli chodzi o kompetencje lekarzy… niestety :/