Komentatorzy- tych nie lubię najbardziej!

Legenda głosi, że bloger zaczyna być cokolwiek wart, kiedy dopadnie go pierwszy hejter. Szczerze? Dużo gorsi są komentatorzy.

Jeśli choć raz w życiu zostawiłaś na jakiejś stronie, portalu czy blogu komentarz to gratuluję. Takich ludzi jest coraz mniej, bo coraz częściej ograniczamy się do zdawkowego lajka albo serduszka pod postem. Komentujący zawsze byli i są na wagę złota, bo to dzięki nim wiemy, że nasza strona „żyje” i dostajemy feedback- a dzięki niemu każdy, kto choć raz próbował robić coś swojego w sieci, wie w którą stronę ma dalej iść i jak go dobierają ci, którzy go czytają- czyli w tym przypadku TY.

Dlatego, komentuj jak najwięcej, bo ja dzisiaj nie o tobie. Jest taki jeden typ ludzi, wiecznych komentatorów, którzy teoretycznie nie robią nic złego, a w praktyce psują mi krew. Komentator to człowiek, który z pozoru uprzejmy, miły i ugrzeczniony, w rzeczywistości obrabia ci tyłek za twoimi plecami. I nie mam tu wcale na myśli takiego typowego, złośliwego gadania, które w sposób bardzo jasny dostarcza słuchającym oglądu uczucia, jakie ów komentator do ciebie żywi. Tu chodzi o komentarze. Takie zwykłe, niewinne, rzucone w eter informacje na twój temat- niby pozbawione emocji, a jednak są szpilą w tyłek, kiedy się o nich dowiesz. Bo komentator nie wyśmiewa cię wprost, on jedynie urządza sobie subtelne pośmiechujki, kiedy wypowiada jakiekolwiek informacje na twój temat.

Na ogół jestem opanowana i nie szukam sensacji tam, gdzie jej nie ma. Ale tym razem ulało mi się. Niestety, kiedy zaczynasz robić coś, co w oczach innych jest nic nie warte- kiedy zaczynasz prowadzić bloga, otwierasz swój biznes, lecisz na wycieczkę dookoła świata- nagle okazuje się, że komentatorzy wyskakują z każdej strony. I zamiast usłyszeć ich opinie, choćby krytyczną, docierają do ciebie jakieś urywki ich, o jakże zabawnego, zdania na twój temat. Zwłaszcza, kiedy jest się z nimi spokrewnionym, albo lepiej- kiedy nie ma się z nimi żadnego kontaktu od kilku lat. Czasami człowiek trafi na kombo i wtedy mamy krewnego, z którym nie mamy od kilku lat kontaktu, ale śledzi nas w sieci i staje się rasowym komentatorem naszego życia. (pozdrawiamy Annę!)

 

Ulało się. Wystarczy. Komentatorzy mają w sobie tę jedną cechę, która daje mi nad nimi przewagę… są naiwni. Tak, naiwnie wierzą we wszystko co zobaczą i przeczytają na facebooku czy na blogu. A prawda jest taka, drodzy państwo, że to co jest w sieci, jest jedynie 1/100 naszego życia i nigdy nie będzie go tu więcej. Ba, nasi rodzice wiedzą jakieś 2/3 tego, co się dzieje w naszym życiu. I tak już zostanie. Rodzina, moja najbliższa- mąż i dzieci, są dla mnie środowiskiem, w którym mogę się czuć swobodnie i być sobą. I żadne inne miejsce czy otoczenia nie posiada takich samych właściwości. Żadna babcia, ciocia, siostra, wujek, nie widzą wszystkiego, a już na pewno nie ty- baczny komentatorze. Blogerów nazywa się twórcami internetowymi. I to nie dlatego, że chcą się poczuć fajni czy ważni- tylko dlatego, że tworzą coś, kreują. Ich życie nie jest dokładnie takie, jak je przedstawiają w sieci. I moje też nie jest, to tylko pewna kreacja rzeczywistości. Dlatego, ku uciesze wszystkich komentatorów, biorę się do tworzenia. Ot, co!

Ulało się, ale to nie ma znaczenia. Bo ja będę robić swoje, a ty dalej możesz komentować to co robię, podczas gdy największym ryzykiem jakie podejmiesz, będzie zmiana pracy. Ty komentuj, a ja będę ryzykować i rozwijać się i będę zadowolona z tego, co osiągnę.

  • Ostatni akapit to kwintesencja tego wyznania. Ludziom wydaje się, że na blogach i facebookach obnażamy się ze wszystkiego. Tymczasem jest tak jak piszesz. To jest jakiś mały procent naszego życia. Poza tym zauważyłam, że tacy komentatorzy pojawiają się też wtedy, gdy coś zaczyna się nam udawać. My np. spełniamy właśnie marzenie o własnym M. Oczywiście komentatorzy są… nawet oczy w oczy.

    • Aga

      Dokładnie. Ja spotykam się z tym, że o czymś piszę na blogu i nagle urywają się telefony, bo skoro napisałam tekst to wszystko napewno działo się 5 minut wcześniej 😀