High Need Babies – to istnieją inne?

Ostatnio w internecie ten termin przewija się bezustannie. Ale czy High Need Babies naprawdę istnieją?

High Need Babies, czyli dosłownie dzieci z dużymi potrzebami, to termin stworzony przez Williama i Mathę Searsów, którzy są również autorami pojęcia i definicji rodzicielstwa bliskości. HNB to termin oznaczający dzieci, które rzekomo mają się wyróżniać nieco innym sposobem zachowania, który odbiega nieco od normy. Podobno na to składa się inny temperament i sposób funkcjonowania układu nerwowego u takich dzieci. A co to oznacza w praktyce? Otóż takie dzieci są dość nerwowe i, co najważniejsze, wymagają ciągłej uwagi ze strony rodziców. Nie lubią spać i gdzieś mają jakikolwiek rytm dnia czy regularne drzemki. Najchętniej śpią na ręku, no w ostateczności w nosidełku lub chuście, a każda próba odłożenia ich do łóżeczka czy wózka kończy się zwykle niepowodzeniem. HNB potrzebują ciągłej uwagi i często płaczą. Płaczą zasypiając, płaczą budząc się i generalnie ciągle płaczą. Ich reakcje mogłyby wskazywać na to, że się czegoś boją, przeraża je otaczający je świat i nie potrafią sobie z tym poradzić, stąd ten niepokój i napięcie.

Podobno w świecie HNB wszystko jest mocniejsze i głośniejsze, a rodzic powoli zaczyna zamieniać się w zombie i zagina czasoprzestrzeń usiłując zrobić coś w domu czy zwyczajnie, wziąć prysznic. Nieprzespane noce, nieregularne drzemki w dzień, ciągłe spanie na rękach i „wiszenie” przy piersi, a do tego potrzeba ciągłej uwagi sprawia, że rodzic ma ochotę wyskoczyć przez okno. Ale nie może, bo jego dziecko nie jest zwyczajnie niegrzeczne, to tylko High Need Baby. Dlatego autorzy tego pojęcia twierdzą, że jedynym skutecznym sposobem na takie dzieci jest reagowanie na ich płacz, zaspokajanie ich potrzeb i bardzo dużo bliskości i ciepła oraz przytulania, kiedy dziecko tego potrzebuje.

 

Czytając definicję HNB stwierdziłam, że przez ostatnie niemalże 4 lata żyłam w okropnej nieświadomości i w tym czasie pod swoim dachem miałam trójkę takich High Need Babies. I zupełnie nieświadomie, bez głębszego zapoznania się z tym terminem i postępowaniem z takimi dziećmi, sama z siebie je nosiłam, przytulałam i reagowałam na ich płacz. I tak z każdym, przez 3-4 pierwsze miesiące ich życia, do momentu, kiedy przestały się wszystkiego bać i zaczęły przyzwyczajać do tego co je otacza. I teraz jest tak samo. Sypiam nieregularnie, biegnę na każdy krzyk z pokoju dziecięcego, noszę, przytulam, karmię i niejednokrotnie przesiaduję 2 godziny na kanapie, bo moje dziecko chce tak długo jeść. Jasne, jestem zmęczona i wkurzam się niemiłosiernie, że robota w domu stoi, że dzieci, że blog, że praca itp. Ale wiem, że to minie. Minie, jeśli teraz poświęcę się i dam mojemu dziecku to czego potrzebuje- bliskość. I wiem, że kiedy pomogę mu przejść z etapu prenatalnego, gdzie był bezpieczny i utulony w brzuchu, do tego z czym musi się teraz mierzyć, do hałasu, światła i miliona dźwięków, wtedy będzie lepiej.

Nie znając pojęcia HNB wiedziałam, że muszę zaspokoić w moim dziecku potrzebę bliskości. Jestem pewna, że im dziecko jest starsze tym mniej tej bliskości mu trzeba- o ile oczywiście ją dostaje. I nie musiałam sobie w żaden sposób tłumaczyć tego kim jest moje dziecko, bo dzieci w tym wieku nie są niegrzeczne- one są po prostu dziećmi. I, tu cię pewnie zaskoczę, ale każde dziecko jest inne i różni się od siebie. Niektórzy mają „książkowe” dzieci, które śpią całymi dniami i nocami, jedzą co 3 godziny, a inni mają przylepy, które same nie mogą spać i są tak wymagające, że ich starsi ledwo co widzą na oczy- wiem, co mówię, bo właśnie trafił się nam egzemplarz, który nie przeżyje beze mnie nawet drzemki w ciągu dnia, muszę leżeć obok.

Nasze dzieci, cała trójka podchodzą pod termin HNB, ale czy istnieją jakieś inne dzieci? Jeśli tak, to pisz w komentarzu, może się mylę i są na świecie jakieś dzieci, które tylko jedzą i śpią, a rodzice zapominają o tym, że mają w domu niemowlaka.

 

Nastała taka przedziwna moda, że wszystko trzeba nazwać i zdefiniować. Nic nie może się dziać samo z siebie, albo po prostu istnieć, na wszystko potrzebujemy wytłumaczenia. HNB nie są niczym odkrywczym, ale kiedy koleżanka cię spyta: „czemu on tak ciągle płacze?”, to zamiast tłumaczyć się, czy zastanawiać co z twoim dzieckiem jest nie tak- możesz śmiało ukrócić temat, rzucając od niechcenia: „bo on jest High Need Baby”. I to z pewnością załatwi sprawę, a z ciebie zrzuci poczucie winy, że jesteś słabą matką, bo twoje dziecko ciągle płacze i wisi przy piersi- a przecież powinno już przesypiać noce i jeść co 3 godziny, z zegarkiem w ręku. Tylko… po co to tłumaczenie? Ja go nie potrzebuję. Moje dziecko nie jest, ono jest zwykłym niemowlakiem, a ja jego mamą i od tego jestem, żeby mu pomóc zrozumieć otaczający go świat.

  • DyleMatka

    Czy ja właściwie zrozumiałam, że Twoje dzieci miały ogromną potrzebę bliskości w pierwszych tygodniach czy miesiącach po narodzinach, a potem już było „normalnie”? Jeśli tak, to żadne z nich high need babies. Tu znajdziesz opis nieco już podrośniętego hajnida, który z wiekiem wcale nie staje się łatwiejszy we współżyciu:
    http://dylematki.eu/2017/03/01/high-need-baby-z-czym-to-sie-je/

    • Aga

      Raczej chodzi o to, że nie rozumiem teraz „mody” na nazywanie każdego dziecka High Need Baby. To trochę tak jak nagle był boom na dysleksję i okazało się, że niemal wszystkie dzieci ją mają.