Dzieci, Mówię Wam!, Ona

Moje dzieci w sieci. Co z publikowaniem ich zdjęć?

Był taki czas, kiedy bez oporów rzucałam zdjęcia moich dzieci na bloga, ale potem wszystko się zmieniło. Teraz, moje dzieci w sieci nie mają swojej twarzy.

Kiedy zakładałam bloga nie wiedziałam jak się do tego zabrać i jakie zdjęcia publikować, w ogóle nie miałam żadnej koncepcji tego miejsca. Dlatego wrzucałam co popadnie i gdzie popadnie. Zdjęcia moich dzieci również się w to wliczały. Radośnie publikowałam posty z twarzą mojego syna na cały ekran i wrzucałam filmik z Olą na Facebooka. Przyznaję, że momentami przechodziło mi przez myśl czy robię dobrze, ale tłumaczyłam sobie, że przecież wszyscy tak robią i jest ok.

 

Nie było

Po raz pierwszy zaczęłam poważnie myśleć nad rozpowszechnianiem wizerunku moich dzieci, kiedy mając zaledwie 200 fanów na Facebooku, zobaczyłam, że ktoś udostępnił mój film z Olą. Najpierw się ucieszyłam. Kurde, w końcu mojego bloga czyta i docenia, a na dodatek udostępnia. Cieszyłam się, dopóki nie zobaczyłam, że film udostępnił stary, łysy koleś, który wyglądał co najmniej dziwnie, a cała jego tablica była pełna śmiesznych filmików z sieci. Nie lubię oceniać ludzi po wyglądzie, jednak dało mi to wtedy do myślenia.

Sporo na ten temat rozmawialiśmy i myśleliśmy razem z M. I zgodnie (może on bardziej niż ja) doszliśmy do wniosku, że zdjęć naszych dzieci nie publikujemy. Zresztą, od kiedy urodziła się Ola wszystkie nasze zdjęcia rodzinne, na których była ona, widywała wyłącznie nasza rodzina i nigdy nie wrzuciliśmy jej zdjęcia na Facebooka. Od początku chcieliśmy chronić prywatność naszych dzieci. Tylko, no właśnie…

 

Po co?

Pominę fakt pedofilów czy innych dziwaków, którzy siedzą w internecie, bo przecież na ulicy taki też może patrzeć. Chociaż, to nie do końca jest to samo, bo patrzeć a posiadać zdjęcie, które notabene wystarczy zapisać na dysku, to jednak znacząca różnica. Ale pozostając w temacie bezpieczeństwa, to właśnie ono jest dla nas priorytetem. Nie jesteśmy gwiazdami show biznesu (jeszcze), żeby zatrudniać ochronę i obawiać się o porwania naszych dzieci. Jednak w dzisiejszych czasach większość z nas upublicznia swoje życie. Pokazujemy gdzie mieszkamy, co jemy, gdzie jesteśmy na wakacjach. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że pokazujemy wszystko niemalże live. Udostępniamy informację o naszej nieobecności w domu lub informację o tym, gdzie aktualnie przebywamy. Włamanie, porwanie to w dobie Facebooka mały pikuś. I możesz mnie nazwać wariatką, ale wolę być przewrażliwiona, niż później pluć sobie w brodę, że byłam głupia informując cały świat o moim życiu.

Nie piszę o naszym życiu w czasie rzeczywistym. Często bawi mnie to, kiedy rodzina dzwoni i pyta o jakąś sytuację opisaną na blogu czy na fanpejdżu, gdyż na ogół działo się to nieco wcześniej. Otwarcie i uczciwie mówię, że poza bardzo nielicznymi przypadkami, nie piszę na bieżąco o tym co robimy, gdzie jesteśmy i co się u nas dzieje. Chcę, żeby moje dzieci były bezpieczne i tobie też to polecam, nawet jeśli posiadasz wyłącznie konto na Facebooku.

Upokorzenia są kolejnym, jak dla mnie bardzo ważnym argumentem. Jasne jest to, że nie publikujemy zdjęć gołych dzieci, dzieci w wannie, dzieci na nocniku (chociaż nie dla wszystkich). Ale przecież co jest złego w zasmarkanym i płaczącym 2-latku, albo w dziecku, które potknęło się i wpadło do basenu czy innych sytuacjach rodem ze słynnego „Śmiechu Warte”? Otóż, dla ciebie i dla mnie nie ma w tym absolutnie nic złego. Ale spytałaś swoje dziecko czy możesz taki zabawny filmik z jego udziałem upubliczniać? Skąd wiesz, że kiedy zobaczy to nagranie za kilka lat, nie będzie mu przykro? Być może sytuacje, które nam wydają się zabawne, mogłyby upokorzyć w przyszłości nasze dziecko. I tu dochodzimy to punktu kulminacyjnego, a mianowicie do konkluzji i głównego argumentu, dla którego nie upubliczniam wizerunku swoich dzieci:

 

Wizerunek moich dzieci nie jest moją własnością!

Ja nie chciałabym, żeby ktokolwiek dysponował moimi zdjęciami bez mojej zgody. I nie ma znaczenia czy miałabym 2 lata, 12 czy 22. Każdy ma prawo decydowania o sobie, swoim wizerunku, zdjęciach czy filmach ze swoim udziałem. Każdy, nawet dziecko. Pewne jest dla mnie to, że kiedy nasze dzieci dorosną, zapewne same władują miliony zdjęć na swoje profile w mediach społecznościowych. No i śmiało, ich sprawa, mogą wrzucać setki swoich słitfotek. Tylko kluczowe jest tu słowo „SWOICH”.

Wiele razy miałam wątpliwości. Przecież wrzucam zdjęcia dzieci od tyłu czy z boku, przecież piszę jak mają na imię, to co mi szkodzi wrzucić ich piękne buzie. Wszyscy będą zadowoleni, a i blog wygląda atrakcyjniej, kiedy jest pełen słodkich buziek, a nie zdjęć ze stocka. Zresztą, nie będę nawet rozwijać tematu tego, jak cholernie ciężko jest takie zdjęcia bez twarzy dzieciom zrobić. Stąd bywały momenty, kiedy próbowałam maglować mojego męża, żeby się zgodził wrzucić kilka zdjęć dzieci na bloga. Na szczęście On był nieugięty, a i ja w końcu szłam po rozum do głowy. Wizerunek moich dzieci nie należy do mnie, więc ze względu na ich samopoczucie i bezpieczeństwo nie będę nim dysponować. Zresztą ostatnio córka oznajmiła mi, że mam nie wysyłać jej zdjęć (nawet babci), także cóż ja mogę?

Poprzedni post Następny post

Podobne posty