Dupa wołowa nie ojciec!

Z dedykacją dla wszystkich dup wołowych. Weźcie się w końcu w garść!

 

Na początku był On. Spotykaliśmy się osiem miesięcy, zaręczyliśmy się, a po roku wzięliśmy ślub. Wszystko było cudownie i jak z bajki. Oboje młodzi, nawet bardzo młodzi, zakochani i szczęśliwi. Tak szczęśliwi, że nie zwracający uwagi na wady drugiej strony. Olewający zasady i reguły, przecież miłość nie jest od tego, żeby podpisywać umowy o podziale obowiązków po ślubie. Zakochani nie myślą o tym, kto za kilka lat będzie podcierał tyłki dzieciom i wstawał do nich w nocy. Liczy się tu i teraz, a reszta jakoś będzie.

 

Nie będzie

Nie będę burzyć twojej wizji wspaniałej miłości, która nie chce widzieć wad i wolna jest od oceniania czy planowania. Jednak rzeczywistość bywa okrutna. Bierzecie ślub, a pierwsze miesiące mijają niczym sielanka. U nas dokładnie tak było. Pierwsze miesiące. Nie, wróć! Pierwsze tygodnie były istną sielanką. Potem to dopiero się zaczęło…

Po dwóch miesiącach na teście ciążowym pojawiły się dwie kreski. Skakaliśmy z radości, w sumie oboje, więc żadnego zaskoczenia tu nie było. Ale potem… potem już wszystko się zmieniło. I nie mam na myśli tego, że nagle ja zamieniłam się w straszną babę, która ma takie humory, że ciężko ją znieść, ani tym bardziej On nie zmienił się diametralnie. To co uległo zmianie, to to, że nasza sielanka zmieniła się w szarą rzeczywistość. Nagle obydwoje zaczęliśmy myśleć realnie. O tym co jest i co będzie. No bo jak to będzie, kiedy urodzi się nasze pierwsze dziecko? Czy on się nie zmieni? A jakim będzie ojcem? Kto będzie wstawał w nocy? Czy będzie przy porodzie? Czy nie będzie obojętny wobec dziecka? Te, i około milion innych pytań kłębiły się w mojej głowie. I czemu, do cholery, nie pytałam go o to przed ślubem? A co, jeśli się okaże, że wcale nie będzie dobrym ojcem? Czemu niczego nie ustaliliśmy?!

 

To, co się okazało…

Początki u nas nie należały do najłatwiejszych. Mimo, że obydwoje jesteśmy najstarsi i mamy sporo rodzeństwa, to rodzicielstwo okazało się sporym wyzwaniem. Nigdy wcześniej, nikt nie zostawił nas samych z płaczącym noworodkiem, a na dodatek bez żadnej instrukcji obsługi. Wszystkiego musieliśmy uczyć się sami. I nie to, że nikt nam nie chciał pomagać. My zwyczajnie chcieliśmy wszystko przy naszym dziecku robić sami, poczynając od wynajęcia pojedynczej sali poporodowej i nie proszenia położnych czy pielęgniarek o jakąkolwiek pomoc. Potem, dość szybko pojawił się nasz syn, Karol. Wierzcie mi, że byłam bardziej niż przekonana, że będzie łatwiej. Ale kurna… nie było. No, nie było. Bo nie da się łatwiej z półtoraroczną dziewczynką i noworodkiem, kiedy nadal próbujesz robić wszystko we dwójkę. Jednak, byliśmy bardzo zdeterminowani (w sumie ja bardziej), żeby nie korzystać z pomocy rodziny na stałe, a wyłącznie w sytuacjach koniecznych. I to był średnio trafiony pomysł. My byliśmy przemęczeni, nie sypialiśmy po nocach, a od rana On do pracy, a ja do dzieci. Pierwsze pół roku było hardkorowe.

Ale, przez ten cały czas mój mąż starał się. Pomagał mi, wracał szybko z pracy, ogarniał dom, czasem i obiad, zajmował się dziećmi i mimo, że codziennie wstałam do pracy o 5-ej rano, to na każde karmienie to on przynosił mi dzieci do łóżka, żebym nie musiała się podnosić. Pewnie, nie zawsze robił to z uśmiechem na ustach i czasem miał to gdzieś. Nie był też żadnym kopciuszkiem u nas w domu, bo ja też dużo robiłam. W sumie to wychodziło wszystko tak, że dzieliśmy się prawie po połowie wszystkim. I to wychodziło naturalnie, samo z siebie. Nie potrzebowaliśmy żadnych umów, kontraktów między sobą czy awantur. Ja wiedziałam co do mnie należy, a on wiedział, że nie jest mi lekko i pomagał.

Potem trafiłam na tydzień do szpitala. A On została sam, z dwójką dzieci w wieku 2 lata i 10 miesięcy. Stało się to bardzo niespodziewanie i nie przewidzieliśmy tego, dlatego nie zrobiłam żadnych obiadów na zapas, nie przygotowałam ubrań na tydzień dla dzieci, ani nie zostawiłam mu instrukcji na każdy dzień. Został ze wszystkim nagle zupełnie sam i wiesz co? Dał radę. Zajmował się dziećmi, kąpał je, kładł spać, udało mu się jakoś z 10-miesięcznym Karolem, który z dnia na dzień został bez mojego mleka. Dzieci były najedzone, czyste, wybiegane na wielu spacerach i przede wszystkim szczęśliwe. A On zyskał coś, co jest ogromną wartością na całe życie… silną relację z naszymi dziećmi.

Mój mąż ZAWSZE czuł się rodzicem. Nie ojcem z doskoku, ale rodzicem dokładnie takim samym jak ja. Ale nie wszyscy mają podobne odczucia.

 

Są też inni.

Niestety. Jest pełno facetów, którym wydaje się, że ich głównymi obowiązkami w życiu jest praca i grzanie tyłka na kanapie. Sama siedzę na kilku fejsbukowych grupach, których celem jest poplotkowanie sobie. Matko kochana, to co czasem dziewczyny tam piszą podnosi mi ciśnienie. Jak tak do cholery można?! Jak można żyć z kimś, kto uważa, że jego rola w odniesieniu do dzieci zakończyła się w momencie ich poczęcia. Krew mnie zalewa. Pomijam już sprawiedliwość i to, że te biedne kobiety ogarniają same dom, zajmują się dziećmi, same je de facto wychowują, a potem słuchają tylko pretensji ze strony Pana i Władcy, któremu coś się nie spodobało po powrocie do domu!

 

Jesteś dupa

Dupa wołowa, nie facet. Bo zarabianie nie jest twoją jedyną rolą w życiu. Nie żyjemy w erze kamienia łupanego. I nie mówię tu o żadnych parytetach czy równouprawnieniu, bo sama preferuję dość tradycyjny model rodziny. Mówię o tym, że skoro wymagasz, aby efektem sprzątania kuchni był pozostawiony tam idealny porządek, taki na błysk, to dlaczego ty, chodząc do pracy przynosisz marną kasę? Nie zasłaniaj się swoją pracą dopóki nie będziesz przynosił 5-cyfrowej pensji!

Wychowanie dzieci nie jest obowiązkiem wyłącznie kobiety- dzieci potrzebują też ojca. Uciekając nie budujesz relacji z dziećmi, wtedy kiedy jest na to czas. A on jest właśnie teraz. Bo jak nie dzisiaj to kiedy? Jak dzieci pójdą na studia? Kiepski pomysł. Jest cała masa badań, które pokazują, że te najważniejsze relacje na linii rodzic-dziecko buduje się w pierwszych 5 latach życia dziecka. Także o ile nie wyjechałeś do Emiratów Arabskich na budowę lub nie poleciałeś w kosmos, żeby budować kolejną stację kosmiczną, to warto mocniej skupić się na swoich dzieciach w tych pierwszych, kluczowych latach ich życia.

Kolejną, dość kontrowersyjną dla takich dup wołowych kwestią, jest sprzątanie. Sprzątanie, przypomnę, nie jest obowiązkiem wyłącznie kobiety. Oczywiste jest to, że wracając po 10 godzinach pracy nie będziesz latał na mopie, ale te śmierdzące skarpetki warto by wrzucić do kosza na brudną bieliznę, albo włożyć po sobie talerz do zmywarki.

Także szanowny Panie, podnosimy tyłek z kanapy i pomagamy kobiecie, która pada na twarz po całym dniu z dziećmi, sprzątaniem, praniem i gotowaniem. Bądź facetem, mężem, wsparciem i dobrym ojcem. Nie dupą wołową, która rzuci się na kanapę i do rana będzie kontemplować swoją niedolę!