Czy ja dobrze robię?

Czy nie za szybko to robię? Czy ja robię dobrze? A może powinnam robić to inaczej? Kiedyś, to pytanie dopadnie pewnie każdego z nas.

Pisząc ten tekst siedzę pod salą w przedszkolu, bo mój 2-letni syn zaczął swoją przedszkolną przygodę i obecnie mamy adaptację. Siedzę spokojnie, z komputerem, w sumie to brakuje mi tylko ciepłej kawki, a może i stolik by się przydał, bo siedzę przy szafeczkach moich dzieci, na super niskiej ławeczce. Przede mną cudowna perspektywa, wysłałam drugie dziecko do przedszkola. Jak tylko skończymy tygodniową adaptację, zostanę na całe dnie sama z 3-miesięcznym Antosiem, co daje mi sporo wolnego czasu. I wszystko byłoby super, ale… On płacze! Słyszę jak płacze za drzwiami i mnie woła. Woła mnie, bo popchnęła go koleżanka, bo się potknął, bo chce się przytulić, bo jest zmęczony, bo… cokolwiek innego. I zamiast cieszyć się „wolnością” i zaufać paniom przedszkolankom, to ja siedzę jak na szpilkach, bo wiem, że jest mu ciężko.

I w takich chwilach zadaję sobie pytanie: „Czy to nie za szybko?”. Kurde, wydawał się taki dojrzały i tak bardzo chciał do tego przedszkola pójść. Poza tym jest w grupie ze straszą siostrą, przecież nic złego mu nie będzie. Zresztą, Ola była tylko pół roku starsza, kiedy zaczęła tu przychodzić…

O nie, jednak miała prawie trzy lata. To aż rok różnicy! On mnie woła, muszę tam iść. Przecież ktoś powinien go przytulić! Jest jeszcze taki malutki, powinien być ze mną w domu. Chyba jednak odpuszczę sobie tę pracę i zajmę się dziećmi. Matko, a co jeśli robię źle? Co jeśli przeze mnie będzie miał traumę albo poczuje się odtrącony czy porzucony.

Chyba zaczynam wariować.

 

Temat niezrównoważenia, w moim przypadku, nie dotyczy wyłącznie przedszkola. Macierzyństwo nie jest takie proste jak się wydawało. Pod tym wierzchołkiem góry, który stanowi zajmowanie się dzieckiem, karmienie, bawienie się i masę innych dupereli, znajduje się jej podstawa. Podstawą macierzyństwa, zresztą ojcostwa również, są rozwaga, rozsądek i przede wszystkim odpowiedzialność za drugą osobę. A to jest zarąbiście trudne. Ale jasne, możesz machnąć ręką i stwierdzić, że bez przesady, przecież kiedyś się o tym nie myślało i się jakoś żyło. Kiedyś ludzie dawali klapsy i dzieci żyły, kiedyś ludzie myli się szarym mydłem i żyli, a jeszcze wcześniej nie chodzili do dentysty i umierali od infekcji zęba. „Kiedyś tak było i się żyło” to najdurniejszy argument jakiego przyszło nam słuchać jakieś dwieście razy dziennie. To ulubiona kwestia wszystkich bezmyślnych ludzi, którym się nie chce.

Gdybym odpuściła, nie myślała i nie zastanawiała się nad konsekwencjami swoich decyzji- oznaczałoby to, że mi się nie chce. A takie olewactwo to najgorszy grzech w wykonaniu rodzica. Zawsze możesz błądzić, zawsze możesz się mylić, ale nigdy nie możesz odpuszczać. Nie wolno ci i już!

Wiem, że skoro tu jesteś i czytasz ten tekst, to na bank chce ci się. Chce ci się używać mózgu dla dobra swojego dziecka. I tu pojawia się najgorsze. Bo kiedy takiego mózgu zaczynasz używać, to nagle okazuje się ile niebezpieczeństw, ile pomyłek i ile złych rzeczy czai się dookoła. Kiedy zdasz sobie sprawę ile błędów, które wpłyną na życie twojego dziecka, możesz popełnić będąc rodzicem… cóż, robi mi się słabo. Kiedy, tak uczciwie, zastanowię się nad tym, jaki wpływ na życie moich dzieci mają moje decyzje- wolę o tym nie myśleć. Dlatego receptą na szczęśliwe i spokojne macierzyństwo jest

 

Balans

pomiędzy rozważnym podejmowaniem decyzji i rozsądnym analizowaniem sposobu wychowywanie swojego dziecka, a zwyczajnym luzem. Nikt ci nie mówi, że masz być idealna. Ja bynajmniej nie zamierzam taka być. Daleko mi do ideału matki, ale chcę być roztropna i mądrze podejmować decyzje dotyczące moich dzieci. Są jednak chwile, kiedy zaczynam robić to ZA bardzo. Na przykład w przedszkolu, kiedy najchętniej przerwałabym adaptację i zabrała swoje dziecko z dala od tego przybytku dziecięcego cierpienia. I wtedy do akcji wkracza matczyny luz. Kiedy pomyślę sobie jak fajne rzeczy będzie w przedszkolu robił, a w domu często by się nudził, a na dokładkę wyobrażę sobie tę ciszę w domu, która będzie trwała aż do odbioru dzieci… wtedy dociera do mnie, że nie ma co się przejmować. Mały popłacze i mu przejdzie.

Staram się to wszystko układać sobie w głowie i, jak mantrę, powtarzać nieustannie, że robię co mogę, żeby być dobrą matką. I za cholerę nie potrafię sobie tego wmówić. Nie potrafię przestać nieustannie się zastanawiać nad tym „czy ja dobrze robię?”.