Callan odebrał mi wiarę w edukację

To stało się zupełnie przypadkiem, kiedy jeszcze jako studentka wysłałam swoje CV do jednej z większych warszawskich z firm, która stosowała metodę Callana.

Szukanie pracy miesiąc przed własnym ślubem nie należy do najmądrzejszych rzeczy. Zwłaszcza, że ciągle tłumaczenie tego, że mogę zacząć pracę, ale ZA MIESIĄC skreślało mnie na prawie każdej rozmowie. Ale wiesz, człowiek w tak stresowej sytuacji jaką jest oczekiwanie na własny ślub, często nie myśli zbyt logicznie.

Aż w końcu, pewnego pięknego dnia, trafiłam na ogłoszenie, w którym pewna średnio znana sieć szkół językowych poszukiwała kogoś na popołudnia do sekretariatu, a co ciekawe, umowa miała się zaczynać dokładnie wtedy kiedy chciałam. Bez wahania wysłałam swoje CV, ale tego samego dnia wysłałam też masę innych, dlatego nawet nie do końca pamiętałam o tej szkole i o tym na jakie ogłoszenie w ogóle odpowiedziałam.

Niecałe dwa tygodnie później zadzwonił telefon i zostałam zaproszona do ich szkoły. Rozmowa od początku była bardzo dziwna… pani opowiadała mi o pracy lektorów, a nie sekretariatu, pokazywała sale lekcyjne, pokój nauczycielski i podręczniki. Spodziewałam się jednak, że pokaże mi ekspres do kawy i xero, ale może powinnam wiedzieć te wszystkie rzeczy o szkole, w końcu będę pierwsze do kontaktu z klientami. Po obejrzeniu szkoły zostałam zaproszona do sali lekcyjnej, gdzie jak się dowiedziałam, zajęcia były prowadzone metodą Callana, o której wtedy wiedziałam tylko tyle, że takowa istnieje i nic poza tym. Cała rozmowa rekrutacyjna odbywała się w języku angielskim, co w sumie aż tak mnie nie zdziwiło, bo jednym z wymogów na stanowisku sekretarki była znajomość tego języka. Jednak z każdą chwilą zaczynałam coraz częściej się zastanawiać czy to na pewno chodzi o pracę w sekretariacie, zwłaszcza kiedy padały pytania: „Jak poradzi sobie Pani z niesfornym studentem?”, „W jaki sposób wyjaśni Pani znaczenie słowa wireless, ale po angielsku?”.

 

Została Pani lektorem

Powoli zaczynało do mnie docierać co jest grane, kiedy padły słowa mojej przyszłej szefowej:

„To teraz tylko szkolenie z metody, potem obejrzy Pani kilka lekcji, a na koniec poprowadzi Pani swoją lekcję, którą ja będę obserwować i może Pani zaczynać pracę”.

 

Byłam w takim szoku, że nie potrafiłam nawet powiedzieć, że aplikowałam na zupełnie inne stanowisko. Fakt, byłam studentką filologii i miałam certyfikat Konsulatu Brytyjskiego, ale chcieli mnie na lektora? Serio? Nie bardzo mogłam w to uwierzyć, ale przejęłam się tak bardzo, że jeszcze tego samego dnia zaczęłam się szkolić i czytać książki z metodyki uczenia języków, z tego jak prowadzić lekcje itp. Bardzo szybko jednak okazało się, że mój wysiłek był w tamtej chwili zupełnie niepotrzebny.

 

Znasz Callana?

Każdemu pewnie o uszy obiła się ta nazwa. Nazwa obiecująca szybkie efekty w krótkim czasie. I to generalnie jest prawda, tylko zapomnieli dopowiedzieć o jednym małym szczególe. Ale jak wiemy, niedopowiedzenie w marketingu kłamstwem nie jest.

Zacznijmy od krótkiej lekcji historii. Callan wymyślił swoją metodę na potrzeby amerykańskich wojsk, które musiały w bardzo krótkim czasie nauczyć się najprostszych japońskich zwrotów, żeby móc się jako tako porozumiewać na miejscu. Stąd też metoda ta opiera się na nieustannym powtarzaniu całych zdań, bez dopuszczania możliwości ich jakiejkolwiek modyfikacji, co dokładniej oznacza wkuwanie na pamięć całych zdań. Czyli, jeśli lektor uczy cie mówić „My name is Agnieszka” to nie możesz powiedzieć: „I’m Agnieszka”. I w przypadku żołnierzy, którzy mieli często kilka miesięcy na opanowanie japońskiego to może i miało jakiś sens.

W praktyce dzisiejsze lekcje Callanem są nudne jak flaki z olejem. Lektor zadaje ci pytanie, zawsze dwa razy, a ty odpowiadasz na nie zgodnie z kluczem. I na tym w sumie bazuje cała książka. Jest ona podzielona na tzw Stage, czyli rozdziały, które przerabia się po kolei, no dobra, nie do końca po kolei. Cały myk tej metody tkwi w tym, że po przerobionych kilku rozdziałach nauczyciel cofa się do poprzednich rozdziałów i zaczynamy od nowa! Stąd w praktyce każde zajęcia to w połowie powtórka przerobionego już materiału, natomiast druga połowa przeznaczona jest na nowy materiał.

 

Jakie są minusy tej metody?

Z punktu widzenia nauczyciela jest ich całe mnóstwo… Callan jest nastawiony wyłącznie na mówienie, co nie jest zbyt dobrym pomysłem, bo analfabetyzm nie jest w danym języku niczym dobrym. Metoda jest nudna jak flaki z olejem, ale o tym już chyba ci pisałam i nie dopuszcza możliwości modyfikacji pod kątem zainteresowań grupy. Nie uczysz się gramatyki i tak naprawdę nie ma czasu na to, żeby studentowi cokolwiek lepiej wyjaśnić. Wiele razy musiałam odmawiać, kiedy ktoś prosił mnie o wyjaśnienie struktur gramatycznych „tak prościej”, bo Callan tego niestety nie przewiduje.

Dużym problemem jest też archaiczny język, którego się uczymy w Callanie. Wiele słów i zwrotów jest bardzo przestarzałych i nikt już ich nie używa. Dlatego nie zdziw się jeśli rodowity anglik nie bardzo zrozumie twoje wykute na angielskim pytania.

Ale żeby nie było, że tylko wieszam psy na tej metodzie, która jednak ma spore grono wyznawców, to przyznaję, że jest to jedna z najszybszych metod nauki angielskiego jakie znam. Myślę, że spokojnie po miesiącu czy dwóch jesteś w stanie powiedzieć płynnie sporo zdań w tym języku, nawet jeśli nigdy wcześniej nie miałeś z nim do czynienia. Jest tylko jedno „ale”.

 

Metoda Callana pozwala na przyswojenie dużego zakresu materiału w krótkim czasie…

 

na KRÓTKO

Callan tworząc swoją metodę zakładał, że to ma pomóc żołnierzom zapamiętać sporo japońskich zwrotów, których po powrocie już pamiętać nie muszą. Oznacza to, że cała metoda nauczania opiera się na pamięci krótkotrwałej, czyli potocznie zwanym „wkuciu na pałę”. Co oznacza, że jeśli przerwiesz naukę to wszystkie przyswojone zwroty i zdania w dość szybkim czasie wyparują z twojej głowy. Pewnie, coś tam może ci zostać, ale nie liczyłabym na wiele.

Metoda Callana zmieniła całkowicie moje podejście do uczenia angielskiego, bo nigdy nie sądziłam, że JA będę w stanie się angielskim tak bardzo znudzić, jak podczas Callanowskich lekcji. Nie rozumiem piania z zachwytu nad tą metodą, bo da mnie jest ona zwyczajnym chwytem marketingowym, a nie poważną metodą na naukę języka. Niestety, z Callanem jest jak z chujową dietą cud, co z tego, że w dwa tygodnie schudniesz, skoro po odstawianiu jej dopadnie cię efekt jo-jo i po diecie nie będzie ani śladu.

Metoda Callana już dawno powinna zostać zmodyfikowana albo zwyczajnie zlikwidowana. Jest ona zwyczajnie przestarzała i to strasznie… no bo jak można ludzi uczyć, że słówko wireless oznacza „radiotelegrafista”? Pewnie, to też jest znaczenie tego słowa, ale kto to cholery jest dzisiaj radiotelegrafista? Każdy gimnazjalista powie ci, że to angielskie słówko oznacza „bezprzewodowy” i odnosi się głównie do wszystkim nam znanej sieci bezprzewodowej, czyli w skrócie wi-fi (Wireless Fidelity). Ta metoda nauki angielskiego ma niewiele wspólnego z tym jakie rozwiązania metodyczne są teraz stosowane w nowoczesnym nauczaniu języków obcych.. sporo bliżej jej do prehistorii.