Boję się latać

Już na lotnisku czuję ogarniający mnie niepokój. Idąc rękawem na pokład samolotu robi mi się niedobrze, a kiedy samolot ustawia się na pasie i wiem, że zaraz wystartuje, wciskam się w fotel i próbuję zasnąć, oby tylko jakoś przetrwać lot.

Moja przygoda z lataniem zaczęła się fatalnie. Miałam 9 lat i leciałam z mamą i siostrami do Bułgarii. Reszta jechała samochodem, a my musiałyśmy lecieć, bo 3 dniowa podróż samochodem była słabym pomysłem z moją niespełna roczną siostrą. Całą drogę byłam podekscytowana, jak to dziecko, ale dramat rozegrał się podczas lądowania. Wszystko pamiętam jak przez mgłę, to chyba mój mózg próbuje wyprzeć tę sytuację.

Chwilę po włączeniu sygnalizacji ‚zapiąć pasy” samolot zaczął podchodzić do lądowania. Nie, nie podchodzić, spadać będzie bardziej adekwatne. Pasażerowie lekko się zestresowali, ale może tak właśnie trzeba było zrobić, kto by tam się znał na lądowaniu samolotu. Przy skręcaniu czułam się jak na karuzeli, pilot skręcał bardzo gwałtownie, w efekcie czego od razu zaczęłam wymiotować. Chwilę później dołączyła moja siostra, a zaraz potem pół samolotu. Resztę pamiętam jak przez mgłę. Słyszałam krzyki ludzi, ktoś płakał, a stewardesy ani myślały przyjść do mojej mamy, która miała obok siebie dwójkę wymiotujących dzieci i płaczącego niemowlaka na kolanach. Widziałam je siedzące na swoich rozkładanych fotelach i do dzisiaj pamiętam ich przerażony, wbity w ziemię wzrok.

Wszystko to trwało tyle samo, co każde inne lądowanie. Po kilku minutach udało się i samolot wylądował. To były najstraszniejsze chwile w moim życiu i czułam niesamowitą ulgę stąpając po ziemi. Na lotnisku zrobiła się afera, pilot sobie trochę wypił, a że był wcześniej pilotem wojskowym, postanowił dać popis swoich umiejętności. Nawet nie bardzo wiem co było potem, może pilot stracił licencję, a może i nie, nie to jest istotne.

Od tamtej pory, czyli właściwie od zawsze, boję się latać. I nie przekonuje mnie to, że łatwiej jest zginąć w drodze na lotnisko, bo jednak wolę zginąć w samochodzie. Czuję się bardzo niepewnie w samolocie, ze względu na ‚wiszenie’ nad ziemią, każde turbulencje przyprawiają mnie o mini zawał serca,a każdy lot powoduje we mnie strach, który pokonuję paskudnym winem serwowanym na pokładzie.

 

samolot

 

Ostatnie dni, świat żyje katastrofą Airbusa Germanwings. Takie wydarzenia sprawiają, że nawet najmniejsza turbulencja, podczas każdego kolejnego lotu jest dla mnie przerażająca. I mogą sobie zaostrzać przepisy ile chcą i na milion sposobów kombinować, jak poprawić bezpieczeństwo, a i tak jakiś wariat może doprowadzić do tragedii. Zresztą, jest cała masa katastrof lotniczych, w których nie zawinił człowiek a warunki atmosferyczne, stan techniczny samolotu, albo ot taka zwykła brzoza.

W mojej głowie, lot samolotem jest i będzie najmniej bezpieczną formą transportu i żadne opinie specjalistów mnie nigdy nie przekonają, że jest inaczej. Ofiary Airbusa prawdopodobnie przez 8 minut wiedziały i czuły, że spadają, że za chwilę najpewniej zginą. Co sobie myśleli? Czy wiedzieli co ich czeka? Pewnie tak. Czy się bali? Czy życie przeleciało im przed oczami? Na te pytania odpowiedzi nie usłyszymy nigdy.

Ze wszystkich okoliczności tej katastrofy, to co musieli czuć pasażerowie, jest najstraszniejsze. Ja pewnie umarłabym (dosłownie) ze strachu przed tym co mnie czeka.