E jak Epidemia

Każdy rodzic dobrze wie, że sezon jesienno-zimowy w praktyce oznacza otwarcie własnego, przydomowego dziecięcego oddziału zakaźnego. A kiedy dzieci mamy przynajmniej dwoje…

wtedy jest jeszcze ciekawiej. Sprawą oczywistą jest to, że kiedy jedno z dzieci przyniesie jakąś przedszkolną infekcję, to kolejne dzieci momentalnie ją złapią. I nic nie da zakaz przytulania, całowania czy natychmiastowe wywiezienie reszty ekipy do babci. Czasami mam wrażenie, że wystarczy kilka sekund i nagle wszystkie dzieci w domu są już zarażone kolejną infekcją, o której istnieniu dowiem się za kilka dni. Dziecko w przedszkolu, praktycznie z automatu oznacza również masakrę w okresie jesienno-zimowym. Dzieci przenoszą infekcje, łapią jedne od drugich i na końcu serwują je w domu swojemu młodszemu rodzeństwu. A najgorsze w tym całym chorowaniu jest to, że…

 

Nigdy nie chorują jednocześnie!

Jedno, dwoje czy nawet troje chorujących dzieci nie oznaczałoby nic strasznego, gdyby one tak wszystkie, jednocześnie zaczęły chorować i w podobnym czasie skończyły. Pewnie, że byłoby ciężko z trójką wymiotujących dzieci wszystko ogarnąć, no ale tydzień mija i chorowanie mamy za sobą. Ale macierzyństwo przecież nie może być takie łatwe, bo nie byłoby macierzyństwem. Stąd najpierw rozkłada się jedno dziecko, a kiedy po tygodniu wraca do żywych, a ja zaczynam cieszyć się wolnością- pada drugie dziecko. I znowu tydzień w plecy. Teraz nasza codzienność stała się jeszcze ciekawsza, bo pojawił się trzeci młodociany i on wszystko przechodzi najdłużej. Dlatego już teraz, przy wesołej trójce, mam wrażenie, że cały sezon ciągle chorują. Jak nie jedno, to drugie. A ty, matko, lataj co tydzień do apteki po nową dawkę syropków i witamin, a co! Jest też inna prawidłowość, którą zaobserwowałam w naszym domu

 

Wszyscy wszystko od wszystkich

W skrócie: przychodzi jedna osoba do domu i przynosi jakieś świństwo. I niestety ja już wiem, że nie ma możliwości, żeby pozostali tego nie złapali. Jeszcze nigdy nie mieliśmy sytuacji, żeby Ola chorowała, a Karola ominęło. Zawsze wszystko przechodzą razem. Z jednej strony jest to upierdliwe, ciężkie i czasochłonne. Ja jednak staram się widzieć dobre strony takiego układu. Przede wszystkim leki. Lekarz przepisuje jeden syrop i ja, widząc objawy, wystarczy, że przedzwonię do pediatry i już wiem co robić i jak leczyć kolejne dziecko. Przy chorobach zakaźnych, taki tryb chorowania zaoszczędza nam sporo czasu. Kiedy jedno z dzieci ma ospę, to wiem, że czeka nas dwumiesięczna kwarantanna, ale też mam pewność, że za pół roku nie będę musiała od nowa wszystkich trzymać w zamknięciu z powodu zakażania.

 

Epidemia nieunikniona

Chorowanie to najpotężniejszy minus przy funkcjonowaniu z gromadką dzieci. Ja jestem w stanie znieść sporo. Niesforne dzieci, bunt 2-latka, ząbkowanie, pilnowanie raczkującego dziecka, usypianie czy kąpanie trójki dzieci jednocześnie? Spoko. Dam radę. Ale nic tak mnie nie irytuje, jak jęczące i chore dzieci, wobec których trzeba mieć odrobinę wyrozumiałości- bo przecież jasne jest, że się źle czuja i nie są wredne specjalnie. No i ok. Tydzień dam radę. Ale trzy tygodnie jęków, płaczu, leków i nieprzespanych nocy- ewentualnie przespanych na moich rękach, to już wyższa szkoła jazdy. A najgorzej, że ta epidemia jest nieunikniona i trzeba zacisnąć zęby i to przetrzymać. A najważniejsze to cieszyć się, że chorują wyłącznie dzieci, bo jak facet nam się nie rozłoży- to dopiero byłby armagedon.