D jak dziadkowie

Kim są dziadkowie, ten tylko się dowie… kto ma małe dzieci!

Na początku wydawało mi się czymś kompletnie absurdalnym, że będę musiała korzystać z pomocy dziadków. Taka już moja natura, że wszystko chcę robić sama, bo tylko ja (oczywiście w swojej głowie) potrafię zrobić wszystko idealnie. Często jest to idiotyczne, bo biorę na siebie więcej niż jestem w stanie zrobić. Przez to tylko się wkurzam i zapędzam w poczucie, że nie dałam sobie rady, a potem zamiast odpuścić… znów robię wszystko sama. Dobra, ale miało być o dziadkach.

Przy pierwszym dziecku dziadkowie zazwyczaj są tymi, którzy nadmiernie się zachwycają naszym dzieckiem i niemalże zabijają o to, żeby tego pierwszego, wymarzonego wnuka wziąć na ręce czy pobawić się z nim. Dziadkowie szaleją, a rodziców to wkurza. No bądźmy szczerzy, jaranie się naszym dzieckiem szybko zaczyna się robić irytujące. I kiedy okaże się, że na świat ma przyjść kolejny wnuk, rodzice mają nadzieję, że dziadkowie nieco spuszczą z tonu, a dziadkowie… jak to dziadkowie, zaczynają rozczulać się nad kolejnym dzieckiem. Ale to już przestaje cię tak wkurzać. Zaczynasz widzieć, wraz z mijaniem kolejnych lat życia twojego dziecka, jak bardzo ono kocha tych upierdliwych dziadków, jak cudownie się przy nich czuje, jakie jest szczęśliwe. I zamiast narzekać, zaczynamy doceniać naszych rodziców.

 

Kiedy sprawy się komplikują

Dzieci przybywa. W końcu to ABC wielodzietności, także mówmy od razu o trójce dzieci. Bo z trójką już zaczynają się schody. Pierwszym z nich jest fakt, że ciężko jest samemu nawet w domu ogarniać całą trójkę, a przynajmniej na początku. Potem stopniowo zaczynasz się przyzwyczajać do sytuacji panującej w domu. Ba! Zaczynasz powoli organizować wasz dzień i wszystko się powoli układa. I wtedy zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego, że gdybyś tak mogła siedzieć z dziećmi wyłącznie w domu, to potrafiłabyś doprowadzić wasze funkcjonowanie do perfekcji. Niestety, nie możesz. Musisz wyjść do sklepu, na pocztę, zawieźć jedno dziecko do przedszkola, drugie do lekarza, a trzeciego przecież nie zabierzesz ze sobą, bo złapało lekki katar. I to jest nasz drugi stopień trudności. Zorganizowanie odwożenia, wizyt i innych ciekawych atrakcji dla całej trójki. Nie jest lekko, ale powiedzmy, że da się zrobić.

Trzeci stopień trudności obejmuje twoje obowiązki. Praca, kosmetyczka, wizyta u lekarza i wszystkie inne miejsca, gdzie dzieci ze sobą zabrać nie możesz. Tata oczywiście chętnie by ci pomógł (albo i nie), ale ktoś na pełen etat pracować musi. Skala trudności organizacji dnia z trójką dzieci tu się kończy, przynajmniej dla mnie. Ty możesz mieć jeszcze czwarty stopień- poziom hardcore. Co w praktyce oznacza, że przy zachowaniu tych wszystkich poprzednich punktów, jesteś dodatkowo sama. Mieszkasz w miejscu, w którym nie masz rodziny i znajomych wokół siebie i jesteś zdana wyłącznie na siebie. Tego rozwiązania nie polecam, ale oczywiście szacun dla kobiet, które tak funkcjonują.

 

Halo? Babcia?

Przy pierwszym dziecku dziadków się spławia, przy drugim zaczynamy ich doceniać, a przy trzecim błagamy ich o pomoc. Tak to mniej więcej wygląda w praktyce. Ja, co prawda, zawsze uważałam, że dam sobie radę ze wszystkim sama i nie potrzebuję niczyjej pomocy, bo co ze mnie za matka, która nie ogarnia własnych dzieci? Ano normalna matka!

Mój mąż ciągle powtarza, że chciałby mieszkać w takim wielopokoleniowym domu. Kiedyś rodzina mieszkała razem, a jeśli nie razem to chociaż blisko i tworzyła taką jedną, dużą, zgraną społeczność. Wszyscy sobie pomagali, wspierali i regularnie zbierali się razem na niedzielny obiad. Ja nie jestem już tak entuzjastycznie nastawiona do takiego modelu życia, cenię sobie prywatność i to, że taką zgraną paczkę tworzymy my i dzieci, bez kilkunastu ciotek nad głową. Jest jednak jedna rzecz, która nadal się nie zmieniła…

 

Pomoc dziadków

Pisałam kiedyś tekst o tym, że babcia nie ma obowiązku zajmować się wnukami i pomagać dorosłym dzieciom. I nadal tak uważam. Jeśli babcia ma swoje sprawy, swoje życie i plany, a na dodatek nie chce, to nie ma najmniejszego obowiązku zabawiania wnuków. To rodzice mają wychowywać dzieci i sprawować nad nimi opiekę, nie dziadkowie! Ale, jeśli dziadkowie są chętni do pomocy, to korzystaj ile możesz.

My mamy to szczęście, że nasi rodzice nie dość, że uwielbiają swoje wnuki i zawsze chętnie się nimi zajmują (nawet czasem jęczą, że za mało), to jeszcze mieszkają w promieniu 10 kilometrów od nas. Stąd prawie zawsze kiedy potrzebujemy, dziadkowie naszych dzieci są skłonni do pomocy. I nie chodzi tu tylko o zwykłe wyrwanie się we dwoje czy załatwianie spraw na mieście. Dziadkowie pełną ogromną rolę na początku, kiedy my- rodzice jesteśmy jeszcze nieco zagubieni. Pomagają, kiedy pojawia się trzecie dziecko i trzeba uporać się z noworodkiem, połogiem, sprzątaniem, gotowaniem i dwójką starszych dzieci. Wspierają, kiedy widzą jak jest nam ciężko i pomagają przejść przez doły, które łapiemy- albo Baby Blues.

 

I najważniejsze

Kochają wnuki. I to jest fakt, który szalenie pomaga w rodzicielstwie. Kiedy mam już kompletnie dość, a moje dzieci sprawdzają granice mojej wytrzymałości i mam ochotę uciec jak najdalej, a w głowie zadaję sobie kluczowe pytanie: „na cholerę mi to wszystko było”, wtedy wkraczają oni. Wpadają na niedzielną kawę, albo zaskakują niezapowiedzianą wizytą w ciągu dnia i rzucają się na te dzieci, jakby świata poza nimi nie było. Kochają, tulą, całują i chwalą. Zalewają ich swoją miłością, a ja patrząc na to wszystko z boku zaczynam żałować każdego podniesionego głosu, każdej łzy moich dzieci. Dopiero wtedy, dzięki dziadkom, patrzę na moje dzieci z innej perspektywy, tak trochę z boku i zaczynam doceniać to co mam. Moje dzieci, które nie raz napsują nam krwi, ale też dziadków, bez których ciężko byłoby tworzyć wielodzietną rodzinę i ciężko byłoby widzieć tą wspaniałość w naszych dzieciach, o której zapominamy na co dzień.

Na co dzień nie korzystamy z pomocy dziadków. Nawet z pracą wymieniamy się tak, że dziećmi zajmuję się albo ja albo On. Ale oni wszyscy są, wpadają do nas i wnoszą dużo miłości i czułości do naszego domu, do naszych dzieci. A co najważniejsze, zawsze możemy na nich liczyć w sytuacjach kryzysowych, których, tak swoją drogą, jest dość sporo w tak dużej rodzinie. A my chętnie z ich pomocy korzystamy. A jak jest u was? Radzicie sobie sami, czy wspierają was dziadkowie? Dajcie koniecznie znać w komentarzach.