A jak Armagedon

Bo wielodzietność czasami przypomina istny armagedon.

„Kocham swoje dzieci. Kocham swoje dzieci”. Dzisiaj, jak mantrę powtarzam sobie to zdanie. Jasne, że ich kocham i szaleję za nimi, chociaż bywają dni, w które najchętniej bym ich wystawiła za drzwi na mróz i wróciła po nich jak będą grzeczni. Dzieci się nie wybiera, aczkolwiek bardzo łatwo można przewidzieć jakie będą. Wypisz sobie na kartce 5 cech, których w sobie najbardziej nie lubisz i cię irytują… zapewniam cię, że przynajmniej 4 z nich będą miały twoje dzieci.

Dzisiaj jest zły dzień i dla mnie i dla moich dzieci najwyraźniej również, dlatego nie będę cię oszukiwać, nie będę zaklinała rzeczywistości ani próbowała ubrać w piękne słowa bycia matką trójki dzieci. Dzisiaj powiem ci szczerze… troje dzieci? Hahaha – powodzenia.

Od jakiś dwóch tygodni każdy kolejny dzień jest taki sam. Dni zlewają się w jedną, niezidentyfikowaną całość i nie wiadomo czy śmiać się czy płakać z bezsilności. Ja wiem, że to minie, przerabiałam to już dwa razy. Mimo wszystko, ta szara rzeczywistość i towarzysząca jej bezsilność, za każdym razem boli tak samo. 6 rano to najlepsza godzina na pobudkę i wiedzą o tym wszystkie grzeczne dzieci. A jeśli dzieci są na dodatek nieco wredne (wiadomo, że po ojcu), to wystarczy 30 sekund od momentu otwarcia oczu, żeby padły te dwa, najgorsze słowa jakie można zafundować rodzonej matce o tak drakońskiej porze… „chcę jeść” lub w wersji skróconej „am am”. I styrana po całej nocy „matka polka karmiąca piersią” musi podnieść tyłek z łóżka i wejść do zimnej kuchni, bo przecież przy -20 stopniach na dworze piec wariuje i albo jest zimno albo za gorąco. Także przymarzam do podłogi, ale trudno, otwieram lodówę i… przypominam sobie, że nie pojechałam wieczorem do sklepu po jedzenie na śniadanie, bo oczywiście zasnęłam karmiąc najmłodszego. I wtedy, przychodzi mi do głowy straszna myśl, która nie świadczy o mnie najlepiej, ale jednak uratuje mnie przed zagładą i da mi jakieś 15 minut ekstra na sen- dam im czekoladę i włączę bajkę. Biegnę szybko do szafki, w której skrzętnie skrywam ostatnie kawałki czegokolwiek zawierającego w sobie choćby śladowe ilości cukru, a tam- nie ma nic. No tak, wszystko zjadłam wczoraj na kolację podczas karmienia Antka, bo nie miałam jak zrobić sobie kolacji, a M. usypiał dzieci.

Myślisz, że najgorsze za nami? Oj nie tym razem. Nim zdążę przygotować cokolwiek do zjedzenia, a potem bić się z wyrzutami sumienia, że przecież dzieci powinny jeść zdrowsze rzeczy- pokój wygląda jakby przeszło przez niego tornado. Zabawki porozrzucane na ziemi, dzieci oczywiście tłuką się o jedną rzecz, o której za chwilę i tak zapomną, a na dodatek budzi się najmłodszy na jedzenie. Karmię małego, udaję, że nie słyszę kolejnej kłótni o jednego pieprzonego klocka lego, którego wyjęli z OGROMNEGO pudła pełnego innych klocków.

15 minut do wyjścia do przedszkola. Matko, jakie o szczęście, że babcia znów miała czas, żeby odwieźć Olę do szkoły, inaczej dojechalibyśmy chyba na 11tą. Szybko ogarniam jej jakiekolwiek ubrania- wygrzebane ze sterty ubrań, które wczoraj miałam ułożyć w szafach. Dzisiaj na pewno to zrobię, o ile nie zasnę. Jakoś się udaje i dziecko wyrusza do przedszkola. Super, to teraz pozostała dwójka. Przy nich jest nieco więcej roboty. Jakieś 40 minut zajmuje nam zmiana pampersów, ubieranie się, mycie zębów, znowu zmiana pampersa i karmienie, a po karmieniu kolejny pampers. Cholera, zapomniałam, że niemowlaki ciągle moczą pampersy. Po ubraniu chłopaków bierzemy się za zupę, a jak będzie pogoda to lecimy na spacer. Gotujemy oczywiście razem, więc ja kroję, Karo wrzuca, a Antoś patrzy na nas z politowaniem ze swojego bujaczka. Oby do 12ej…bo o 12ej zaczyna się codzienna loteria, co by umilić i urozmaicić życie matce chłopcy albo idą spać razem, albo jeden wstaje a drugi dopiero zasypia, a w najgorszym wypadku nie idzie spać żaden. A jeśli żaden nie postanowi pójść spać, to tak sobie walczymy do 14ej i w końcu któryś jednak padnie, a ja trening siłowy mam zaliczony, bo ktoś te kocki musi nosić. A kiedy w końcu ktoś się po tej walce podda, mam czas na zrobienie obiadu. I na ogół mam na to jakieś 30 minut, zanim wrócić M. i trzeba zjeść i zasuwać do przedszkola odebrać pierworodną.

I tak oto mija lżejsza część naszego dnia. Bo, nie wiedzieć czemu, nasze dzieci w godzinach 16-19 stają się jakieś hiperaktywne i kiedy normalny człowiek raczej jest już zmęczony i się wycisz przed snem, to oni zachowują się jakby gdzieś cichaczem wypili zgrzewkę energetyków i popili litrami espresso. A w praktyce idzie to tak: my z M. dogorywamy na kanapie lub próbujemy doprowadzić dom do jakieś względnej czystości, a reszta uprawia wolną amerykankę, czyli rozrzuca zabawki, wspina się na meble, rysuje kredkami po ścianach lub wsuwa bułkę na dywanie (najlepiej taką lekko czerstwą, która się dobrze kruszy). No ok, nie reszta, bo Antoś jeszcze nie doprowadza mieszkania do ruiny, za to nadwyręża nasz słuch próbując przebić się przez rodzeństwo. To jeden z tych momentów w ciągu dnia, kiedy jesteśmy z moim mężem bardzo zgodni i wspólnie odliczamy godziny do 19ej. A kiedy ta magiczna godzina wybije na naszych zegarkach, ładujemy towarzystwo do kąpieli, a przed ich usypianiem obiecujemy sobie, że obejrzymy razem chociaż jakiś film. Po czym obydwoje, zgodnie zasypiamy… ja przy Antku, M. przy reszcie, a następnie budzimy się zaspani w środku nocy, żeby odbyć szybką toaletę i szybko wskoczyć do łóżka i wykorzystać te dwie godziny- zanim wstaną dzieci.

 

Wiem co myślisz. Masakra, co to za życie. Też tak czasami myślę, bo niektóre dni wyglądają dokładnie tak- a posiadanie trójki dzieci to istny armagedon. Na szczęście takich dni jest coraz mniej. I wiem to doskonale, bo tak samo było już wcześniej, że pojawienie się dziecka powoduje taki domowy armagedon. Chodzisz wiecznie niewyspana, nie wiesz nawet jaki mamy dzień tygodnia i masz wrażenie, że jedyne co robisz, to siedzisz w obsranych pieluchach. Macierzyństwo w niczym nie przypomina tych słodko-pierdzących opowieści, których jest cała masa w sieci i w telewizji. Macierzyństwo jest ciężką pracą, a im więcej dzieci tym ta praca jest trudniejsza. Całe szczęście to mija, a z każdym dniem jest coraz łatwiej i zmęczenie i wkurzenie ustępuje radości i szczęściu z posiadania dzieci. Ale zapierdziel przy tym i tak jest całkiem niezły.

  • Ja mam „tylko” dwójkę, ale nie sposób się nie zgodzić z tym co piszesz 😉

    • Agnieszka Zawadzka

      Dwójka dzieci to nigdy „tylko” dwójka! 🙂